Natalia Zamilska wróciła z nowa płytą. Wielu na nią czekało. Ja też. I od razu stwierdzę, że Jej trzeci materiał robi duże wrażenie już od pierwszych sekund. „Uncovered” brzmi potężnie i imponująco. Pomruk maszyn zwiastuje dominację, a ciężki rytm zmusza do reakcji. Ludzkie odgłosy, które pojawiają się tu częściej, niż dotąd niewiele mają do gadania. Są niczym komendy podzespołów na wielkim kosmicznym statku. Co prawda w singlowym „Hollow” próbują przemycić melodię, ale nie jest to łatwa sztuka. Kilkupoziomowe tematy budują struktury, w których głos Justyny Wasilewskiej ma tylko określoną rolę do odegrania. W ramach gatunku utwór ten wypada bardziej przebojowo, niż wcześniejsze „hity” – „Quarrel” i „Rise”, ale pamiętajmy, że to nie jest radiowy gatunek. Większość wokali należy na tej płycie do Karoliny Rec. Wciskają się one pomiędzy stukot i basowe fale, dialogi generatorów mocy, spadające krople paliwa. W latach 90. słuchałem dużo muzyki techno. Dźwięków Berlina i Detroit, Didżejów z Londynu i Nowego Jorku, ale Natalia Zamilska na tym tle absolutnie mnie przekonuje swoimi pomysłami. „Uncovered” to na pewno jedna z najlepszych płyt tego gatunku, jakie słyszałem. Po ciekawym debiucie „Untune” (2014), który poznałem dopiero ze wznowienia z 2017 roku i przełomowym „Undone” z 2016 roku, ten nowy album jest najpełniejszą i najciekawszą wypowiedzią artystki o międzynarodowej już renomie. Najlepiej wyprodukowaną, najbogatszą i absolutnie intrygującą. Te 37 minut z sekundami stanowi na tyle osobną całość, że ciężko po tej płycie włączyć zaraz jakąś inną. Na szczęście mam dwa poprzednie dzieła Zamilskiej i mogę sobie je zestawić w jedną, nieznającą litości pętlę.

Dla chętnych recenzja poprzedniej płyty napisana dla pisma „Metafora”.
„Undone” – Zamilska, 2016
Ilu znaczących wykonawców doczekała się polska scena techno? Na pewno ten deficyt gatunkowy nie wynikał z braku zainteresowania tym gatunkiem nad Wisłą. A jednak trudno szukać następców największych gwiazd tej sceny, którzy w latach 90-ych okupowali listy przebojów i byli euforycznie przyjmowani przez publiczność największych festiwali. W Polsce artyści sceny techno pozostali w niszy. Natalia Zamilska nie zmieni tej sytuacji diametralnie, ale słuchając jej drugiej płyty, tegorocznego wydawnictwa zatytułowanego „Undone” muszę pokiwać z uznaniem głową. Jest brzmienie, jest pomysł, jest jakiś sensowny przekaz. Od pierwszego kawałka, który otwiera odgłos syreny alarmowej i startujący samolot wkraczamy w bogaty i dynamiczny świat dźwięków. Kawałek „Rise” najbliższy jest formatowi promocyjnego singla. Zawiera jakieś deklamowane po angielsku frazy, które przeplatane są przez mocno rażące prądem dźwięki. Zamilska ceni sobie rytm. Jej kompozycje tętnią bitami. Wrzuca coraz to nowe sekwencje, nakłada motywy, wcina sample. Nie ma chwili na wyciszenie. Co jakiś czas słyszymy etniczne wstawki, które zaciągane są to z afrykańskich, to z azjatyckich źródeł. Zamilska odważnie zderza kultury i buduje ciekawy świat dźwięków bez granic i ograniczeń. Ta płyta tętni odgłosami z dalekich stron. Odległych obrzędów, targowisk i bazarów. Zarazem elektroniczne podkłady sprawiają, że odwiedzamy te obce miejsca opakowani w europejskie szaty. Nie przypadkowo mamy na okładce fragment wysoko zapinanej sukni z początku wieku, przypominającej epokę wiktoriańską, kiedy imperium brytyjskie rozciągało się na liczne kolonie w Afryce i Azji. Słuchając „Undone” czujemy się trochę jak tacy muzyczni kolonialiści. Dominujemy techniką elektronicznych bitów nad odgłosami tubylców. Łatwo sobie wyobrazić zderzenie agresywnej elektroniki i stroboskopowych świateł z pokazami filmów, na których przewijają się egzotyczne obrazki, ludzie z dalekich stron zajęci swoimi sprawami. Niespełna półgodzinny materiał, a jednak dostarcza wielu wrażeń.