„Everyday Life” – Coldplay

Parlophone, 22 listopada 2019

Processed with VSCO with jm1 preset

Coldplay stał się w pewnym momencie tak popularnym zespołem, że tylko kwestią czasu musiało być zmienienie formuły stylistycznej. Oczywiście nie wydarzyło się to teraz, przy okazji nagrywanej w ukryciu płyty „Everyday Life”. Fani pierwszych płyt musieli krzywić się już od dekady na bombastyczne brzmienia, czy udział Rihanny w singlu „Princess of China”. Ale kwartet, niczym U2, chciał zmienić swoje oblicze i dotrzeć do nowych słuchaczy. W tym kontekście nowy album jest paradoksalnie bardziej krokiem wstecz, niż w przyszłość. Na płycie nie ma gości z grona popowych gwiazd. Muzyka nie flirtuje z hip hopem ani R’n’B. A jednak płyta „Everyday Life” jest inna, oryginalna i ciekawa. Szesnaście kompozycji oddzielonych trackami 9-16, które wypełnia odgłos dzwonów, tworzy dwie części, które płyną niemal nieprzerwanie, z przechodzeniem jednej kompozycji w drugą. Rozdziela je czasem śpiew ptaków, czasem odgłosy burzy.

Coldplay niewątpliwie przejął się losami świata, czego dowodem jest też deklaracja powstrzymania się od tras koncertowych pochłaniających ogrom mocno emisyjnej energii. Stąd też pewnie zwrot ku bardziej akustycznemu graniu, starym fotografiom na okładce i tradycjom weselnych orkiestr sprzed wieku. Można dyskutować nad wiarygodnością tego typu kroków, ale nie sposób zaprzeczyć wadze tych działań i przemyśleń. Drugim tematem, popartym udziałem bliskowschodnich gości, jest ukłon w stronę uchodźców. Stąd wstawki wokalne i tekstowe w „Church”, „بنی آدم”  czy w singlowych „Arabesque” oraz „Orphans”. Właściwie wszystkie te utwory zasługują na większą uwagę. „Church” rozwija się jak klasyczny, przebojowy numer Coldplay, który ubarwia piękny kobiecy wokal Norah Shaqur. „Arabesque” ma wyjątkowy aranż grupy dęciaków i transowy rytm. „Orphans” sprawdza się jako uniwersalny hit, ale jego tekst poświęcony jest syryjskim dzieciom w obozach dla uchodźców. Z kolei „بنی آدم” to najbardziej romantyczna kompozycja na płycie, z pięknym intro na pianinie.

Processed with VSCO with hb2 preset

Kierunek retro, gdy głosowi Chrisa Martina towarzyszy głównie gitara akustyczna, dominuje w „WOTP/POTP”, „Guns” i „Old Friends”, ale i w takim „Cry, Cry, Cry” zaśpiewanym w duecie z Jacob Collier, czy gospelowym „Broken”. Fanom dawnego Coldplay powinny przypaść do gustu zwłaszcza utwory z końca płyty – oprócz „Orphans” również „Eko”, „Champion of the World” i tytułowy. Mnie najbardziej podobają się utwory poszukujące, jak „Trouble in Town”, wspomniane „Church” i najciekawszy w tym zestawie „Arabesque”. Od Coldplay można sporo wymagać. Ich talent do pisania przebojów to jedno, ale pozycja globalnej gwiazdy to drugie. Dziś ludzie oczekują zajęcia ich uwagi, uniwersalnej aktywności, zaangażowania. Chris Martin z kolegami spełnił te oczekiwania i nagrał album do którego chętnie się wraca.

Wcześniej o Coldplay:

Coldplay – Ghost Stories, Parlophone 2014

Jestem trochę rozczarowany nową płytą Coldplay, choć zajęcie pierwszego miejsca na sprzedażowej liście płyt w Polsce, musi budzić uznanie. Zagraniczny artysta, z zaledwie kilkunastoletnim stażem, grający na gitarach, nie często odnosi w Polsce sukces. Ale Coldplay to wielka gwiazda pop od jakiejś dekady. Od czasów „X & Y” są stadionowym bandem, a Chris Martin bywa bohaterem kolorowych magazynów dla nastolatków. Co ważne, ta zmiana postrzegania, nie osłabiła mocy muzycznej zespołu. Coldplay nieustraszenie nagrywa kolejne płyty i podbija listy przebojów singlami, które przyprawiłyby niejednego artystę o manię wielkości. Nawet piosenka zrealizowana z Rihanną nie zmieniła ich postrzegania. Coldplay dobrze wie, na ile może sobie pozwolić. Na nowej płycie takim granicznym przykładem jest drugi singiel „A Sky Full of Stars”, z nieprzyzwoicie dance’owym bitem. Kto kojarzy „Ghost Stories” z tym kawałkiem i wcześniejszym „Magic” może się zdziwić odsłuchem całego materiału. To zdecydowanie najspokojniejsza i najmniej przebojowa płyta zespołu. Są tu oczywiście ładne piosenki, jak choćby „True Love”, z udziałem Timbalanda, czy „Another’s Arm” -utwory do jakich zespół przyzwyczaił nas przez lata – ale nie zmienia to faktu, że słuchając „Ghost Stories” czuję się jak fan U2, który w 1984 roku dostał „The Unforgettable Fire”. Taki ”Midnight” to niemal ambientowa kompozycja, z wokalem przetworzonym przez elektroniczny modulator. To efekt współpracy studyjnej z Jonem Hopkinsem. Zupełnie nie radiowe są też nagrania „Oceans”, „Always In My Head” czy „O”, a przecież to jedna trzecia całego materiału. Nie wiem, czy chcę wsłuchiwać się w smaczki brzmieniowe zespołu, który zawsze słynął po prostu ze stadionowych, porywających hitów. Czy kameralność wyznań Chrisa Martina, któremu nie ułożyło się z Gwyneth Paltrow, to temat na płytę takiego zespołu? Po nagraniu „Atlas”, promującym soundtrack do drugiej części „Igrzysk Śmierci”, spodziewałem się czegoś więcej po nowej płycie. Do „Ghost Stories” wolno się przekonywałem i już wiem, że nie osiągnę poziomu akceptacji dla poprzednich płyt.

Coldplay – „Mylo Xyloto”, Parlophone 2011

I co zrobić z takim Coldplayem? Do bólu przewidywalnym i dokładnie takim, jaki chcą słyszeć liczni fani. Album „Mylo Xyloto” reklamowany był przez samych muzyków jako ich najpełniejsze dzieło, po którym to już tylko rozwiązać się można. Od razu powiem, że z tym „naj” to reklamowa przesada. Płyta jest OK – także w Coldplayowej klasie – ale koledzy Chris’a Martina (basista Berryman i gitarzysta Buckland odpowiedzialni za materiał z nowej płyty) pisali już lepsze piosenki. Ważniejszy jest ten drugi aspekt – co dalej z zespołem, który na gruncie pop-rocka osiągnął już wszystko? Bo jak słyszę w singlowym „Every Teardrop Is a Waterfall” zrzynkę z U2, to się zastanawiam czy chcą coś udowodnić grupie Bono. A może to tylko próba pozostania w obozie rocka? Skoro singlowy „Paradise” niebezpiecznie bliski jest dokonaniom brytyjskich boysbandów z lat 90-ych, a jedną z najlepszych kompozycji na płycie dali zaśpiewać Rihannie (Princess of China), to gdzie jest miejsce na gitarowo-alternatywne korzenie? Żaden zespól z popularnego pod koniec lat 90-ych nurtu „new acoustic movement” nie przetrwał na listach przebojów. Coldplay się wybił wyżej, niż ktokolwiek mógł przypuszczać – nawet po tak udanym debiucie, jak „Parachutes”. Coldplay nie robi żadnych rewolucji. Nie ściga się w nowinkach rynkowych. „Mylo Xyloto” nie ukazało się w czterech równoległych wersjach (było za to wzorowo strzeżone przed wyciekiem). Ale ich piosenki, to kawałki skrojone pod masowe radia, pod sprzedaż w nakładach wysokich, pod przerobienie na dzwonki telefonów. Pop rządzi. Pop nie może być już bezdennie prosty i o niczym. Coldplay ma świadomość swej masowości i mocy wyznaczania standardów. W tym względzie można widzieć jego przyszłość. Bardziej w treści, niż w formie.

Posłuchaj najnowszej listy przebojów
×