Po zapoznaniu się z głośnym w świecie popu debiutem sióstr Haim, odpuściłem sobie ich kolejny materiał. Dla mnie ta muzyka była niekonieczna, słuchana raczej z ciekawości tego co się wokół dzieje. Trzeci album zebrał jednak na tyle zachwycające recenzje, że poczułem się zaintrygowany i nakłoniony do konfrontacji. Tym bardziej, że w ub. roku jedna z sióstr udzielała się na płycie lubianego przeze mnie Vampire Weekend, a teraz producentem „Women in Music. Part III” został członek tego zespołu. Często wielka sztuka powstaje z bólu, cierpienia i rozpaczy. Siostry Haim miały się ostatnio czym prywatnie „martwić” i słychać to teraz w tekstach. Za to muzycznie jakiejś rewolucji nie ma. Co nie znaczy, że całkiem nic się nie zmieniło. Wystarczy posłuchać otwierającego „Los Angeles”, by odkryć ciekawe instrumenty i aranżacje. Haim niewątpliwie ma ciągoty w kierunku niezależnego rocka, a przynajmniej szeroko rozumianej muzyki alternatywnej. Oczywiście wokale nie mają w sobie odpowiedniej siły wyrazu, by zainteresować słuchaczy tych gatunków, ale to co dzieje się w podkładach – choćby w takim „I Know Alone” – może zaciekawić. Ta elektronika ma smak.
Moment później, w „Up From a Dream” aranż zahacza o charakterystyczne brudy znane z twórczości Billie Eilish. Niestety trzon repertuaru tworzą wciąż klimaty z r’n’b, tradycyjnego amerykańskiego folku i popu. Gdybym był np. fanem ponownie modnego Fleetwood Mac pewnie lepiej bym się w tym znajdował. Sympatyczną piosenką w tej kategorii jest choćby „Leaning on You” z lekko przesterowaną gitarą. Z kolei singlowe „I’m in It” znane od ubiegłego roku ma w sobie zamierzchły, lekko przesadny automatyzm. Mocno popową topornością lat 90. uderza też „All That Ever Mattered”, za to gitarą brzmiącą jak z „Purple Rain” zaczyna się „FUBT”. Wyraźnego ducha country słychać w „Hallelujah”, w dodatku w jakimś Parton’owskim wydaniu, trudnym dla mnie do akceptacji. Za to na finał pojawia się numer mocno w stylu Lou Reed’owego „Walk on the Wild Side” – „Summer Girl”. Pozwala on złapać uśmiech i nabrać sympatii dla płyty, która tak jak dobrze się zaczyna, tak i dobrze się kończy.
