„Kot w ścianie” – reż.Vesela Kazakova / Mina Mileva

Bułgaria/Wielka Brytania, 2019

Kot w ścianie

Są filmy smutne i załamujące. „Kot w ścianie” jest tylko załamujący. Bułgarskie rodzeństwo (on historyk, ona architekt) przeprowadza się do Londynu, by odciąć się od komunizmu (to trochę moja interpretacja) i szukać dla siebie lepszego życia. Są obywatelami Unii, więc nie naciągają Zjednoczonego Królestwa na zasiłki, zapomogi i wszelkiego rodzaju ulgi. Kupują mieszkanie w starym bloku, płacą podatki – Irina pracuje jako kelnerka i składa kolejne projekty architektoniczne w konkursach i przetargach – Vladimir nie mogąc znaleźć godziwej pracy podejmuje się jakiegokolwiek płatnego zajęcia i montuje anteny satelitarne. Irina ma pięcioletniego synka, którym przez większość dnia zajmuje się jej brat. Widzimy walkę o normalność i godność. Irina z uporem sprząta zasikaną windę, zachowuje elegancję i klasę, wierzy w lepszą przyszłość. Pewnego dnia bierze pod dach rudego kota, który od kilku dni błąka się po klatce. Pierwszym naprawdę irytującym zdarzeniem w życiu bohaterów jest informacja, że Rada osiedlowa postanowiła wymienić w całym budynku okna, obciążając kosztami wszystkich właścicieli mieszkań.

Irina organizuje sąsiadów, będących w podobnej sytuacji jak ona. Trudno zaakceptować fakt, że wielu imigrantów mieszka w tym samym bloku, korzystając ze wsparcia Państwa, spędzając czas na paleniu blantów i teraz nie musi się przejmować kosztami remontu, bo nikt ich nimi nie obciąży. Jednak nieformalna wspólnota lokatorów dochodzi do wniosku, że Rada i tak zrobi co będzie chciała i trudno stawać z nią do walki. Po paru dniach do drzwi Iriny i Vladimira puka rozhisteryzowana rodzina, która twierdzi, że rudy kot jest ich. Dochodzi do awantury. Tymczasem kot chowa się w dziurze za bojlerem – niejako w tytułowej ścianie. Sytuacja staje się absurdalna. Żadne służby nie chcą przyjechać z interwencją, by uwolnić kota, bo akurat pada śnieg i mają ograniczone siły. Irina łagodzi konflikt z właścicielami kota, dogadując się z najstarszą ich przedstawicielką. Przy okazji poznajemy problemy tej imigranckiej, zasiłkowej rodziny. Ale w Irinie coś zaczyna pękać. Tyle lat próbowała robić w swoim życiu to, co należy. Trwała przy nadziei, że w końcu jej starania przyniosą skutek. Ale ten film z wdziękiem rozkłada plan marzeń. Ci wykształceni, pracowici, kulturalni, młodzi Bułgarzy zostają potraktowani przez brytyjskie realia jak denerwujący problem. Dawno nie widziałem filmu, który tak prosto pokazywałby beznadzieję mrzonek milionów obywateli Europy Wschodniej, którzy uwierzyli, że są już obywatelami Unii i mogą się wreszcie czuć dumni ze swojej Europejskości. To jest takie opowiadanie sobie bajek – jak w tym filmie. Może Polacy są trochę inni, może polska Irina nie chodziłaby z mopem usuwać mocz z windy i nie częstowałaby wszystkich kawą ledwo wiążąc koniec z końcem? Ale czy to jest jakieś pocieszenie?