Henryk Jerzy Chmielewski, ps. „Papcio Chmiel”, (1923 – 2021)

Henryk Jerzy Chmielewski, ps. „Papcio Chmiel”, (1923 – 2021)

„Tytusy” poznałem jeszcze w przedszkolu. Pamiętam, że dwóch moich kolegów z „grupy” potrafiło czytać (Grzesiek i Sławek, choć Sławek mi potem zaprzeczał), więc się przy nich siedziało i oni nam czytali – na pewno w ten sposób poznałem księgę „Olimpijską”, „Kowbojską” i „Kopernikańską”. Pierwszy tom, jaki miałem na własność, Mama kupiła mi w tzw. „Starej” Księgarni przy ul. Zwycięstwa (dziś Piłsudskiego). To była czwarta księga – tzw. wojskowa. Nie należała może do topu, ale wcześniej jej nie znałem i radość była wielka. Kolejną księgę zdobyłem w KMPiKu – to była jedna z najlepszych „ever” (jak się później mówiło) – dziewiąta, czyli ta „Kowbojska” ze wskakiwaniem do filmu. „Papcio” był tu szybszy od Woody Allena, który dopiero w połowie lat 80. zastosował ten patent w „Purpurowej Róży z Kairu”. Posiadanie dwóch tomów „Tytusa” uznałem już za kolekcję, którą rozszerzyłem następnie o premierowe wydanie księgi XII, czyli „bieszczadzkiej”. W „Świecie Młodych”, który wtedy namiętnie czytałem, ukazywały się wówczas strony, które wypełniły kolejne księgi. Wycinałem je i zszywałem spinaczem biurowym (niestety niektórych numerów mi brakowało, bo np. sobotni „Świat Młody” trudniej było kupić, bo zawierał zdjęcia zespołów rockowych). Chyba pierwszymi przygodami poznawanymi „na gorąco” ze Świata Młodych były te z tomu XIII. Akurat ta księga była super i długo nie mogłem jej zdobyć w wersji książkowej. Pamiętam opowieść kolegi z „placu”, jak chodził po całym mieście z drugim kolegą i w każdym napotkanym kiosku Ruchu pytał o tego trzynastego „Tytusa”. W końcu dotarli prawie pod dworzec kolejowy, niedaleko kina „Jodełka” i wtedy ten drugi kolega puścił się biegiem, by być pierwszym przy kiosku. Mój kolega był już zmęczony tym całodziennym chodzeniem bez skutku po mieście i odpuścił. A akurat w tym Ruchu był ten Tytus – jeden! W zdobywanie „Tytusów” zaangażowana była cała moja rodzina i dzięki temu zdobyłem jeszcze księgę „V” z „wannolotem”, który to twór językowy wykorzystał po latach Wojciech Waglewski. W sytuacji problemów z kupnem książeczek w kioskach, czy księgarniach, niektóre tomy udało mi się zdobyć z drugiej ręki. I tym sposobem odkupiłem w bardzo dobrym stanie księgę szóstą „olimpijską”, za to w marnym stanie „geograficzną” siódemkę (to w tym tomie Tytus z Romkiem i A’Tomkiem przelatywali nad moim miastem). W równie zniszczonym stanie odkupiłem „archeologiczny” tom X, „kosmiczny” III i „duszkowy” XI, w którym był świetny patent na wycięcia w stołach na brzuchy opasłych władców. „Dwójkę” zdobyłem tą drogą bez części okładki, ale była bardzo rzadka, więc nie miałem wyjścia. Mama niektóre tomy mi podklejała, bo przecież chwaliłem się nimi i pożyczałem kolegom. Nigdy nie odmawiałem i tym sposobem kilka ksiąg mi potem niestety przepadło. Słynnej „jedynki” nie zdobyłem. Jeden kolega pożyczył mi ją do przeczytania. Nie była jakaś szczególnie udana – podobnie jak „dwójka” – ale z braku wznowień stanowiła wyjątkową wartość ( współcześnie kupiłem ją za 2,99 zł…). Kolekcjonowanie „Tytusów”, podobnie jak czytanie „Świata Młodych” zakończyłem na początku liceum. Ostatnim tomem, jaki nabyłem wtedy była księga XVI z 1984 roku.  

Te najlepsze to księga VI, sportowa, bo od małego byłem kibicem, księga VIII – kto nie marzył o aparaciku do przenoszenia w czasie, księga IX – gdzie m.in. Tytus odkrył kopalnię zegarków o czym zapomniałem i wprowadziłem podobny patent do swojej pierwszej powieści, co wyłapał mój Szacowny Redaktor-Wydawca, księga XI – z żelazkiem (prasolotem), z duchem no i z fascynującą mnie od małego ochroną zabytków, wreszcie księga XIII – z wyspami Nonsensu – czytałem ją pierwszy raz w czwartej klasie szkoły podstawowej i zaśmiewałem się wtedy jak z filmów z De Funesem.   

Gdy przyszły na świat moje dzieci byłem przekonany, że zaszczepię w nich miłość do komiksów. Przy okazji mogłem pod płaszczykiem dobrego taty przeczytać kilka nowszych tomów, jakich wcześniej nie znałem. Akurat ukazały się wydania zebrane „Tytusów” (tzw. „Złote Księgi Przygód”) i to od nich zacząłem starania edukacyjne. Na pierwszy raz zaatakowałem „Kowbojską” dziewiątką. Czytałem dzieciom teksty z chmurek i pokazywałem obrazki, tak jak to pamiętałem z przedszkola. Nie specjalnie chwyciło. Nie poprosiły o więcej. Moje dzieci miały już Shreka, Potwory i S-kę i Toy Story. Wolały jak czytałem im „Mikołajka”, a nawet „Marka Piegusa”, niż komiksy. Same wolały sięgać potem po „Harry Pottera”. Nie podjąłem zatem nawet próby odbycia wytęsknionej powtórki z „Kajka i Kokosza”, bo wiedziałem, że to też nie wypali. Dziś zszedłem do piwnicy po „Tytusy”, by zrobić im zdjęcie na bloga. Wzruszyłem się. Coś się znów skończyło. Dzięki „Papciu”!      

Posłuchaj najnowszej listy przebojów
×