Zawsze jestem dumny, jak lokalne zespoły zdobywają ogólnopolski rozgłos. Wydana w ub. roku EP’ka puławskiego kwintetu znalazła się w gronie 10 najlepszych płyt roku cenionego przeze mnie redaktora miesięcznika „Teraz Rock”, została także płytą miesiąca w „Metal Hammer”. Kojarzę dobrze członka zespołu Grzegorza Naporę, który grał wcześniej z Feral Trees, a teraz równolegle udziela się w Colors. Pamiętam też koncert zespołu jeszcze z poprzednim wokalistą, choć nie byłem nim oczarowany. Od niedawna w zespole śpiewa Anna Truszkowska, ale od razu wyjaśnię, że jest to śpiew zdecydowanie mało kobiecy (zwłaszcza w otwierającym materiał utworze „Burza” miałem problem z wychwyceniem „damskiej nuty”). Dom Zły gra ciężko i biorąc pod uwagę wokal, wpisuje się raczej w ekstremalne odmiany metalu. Ale z drugiej strony muzycy (co widać na zdjęciach) nie mają wizerunku metalowców. Również teksty pozbawione są tradycyjnych dla gatunku elementów (może za wyjątkiem „Burzy”), a sama muzyka momentami może kojarzyć się z artystycznymi nurtami rocka. Świetny jest tytuł płyty, zaczerpnięty z kawałka „Rzeka”. Podoba mi się też tajemniczy, narastający wstęp do płyty. Wejście wokalu wyjaśnia jednak szybko, o co tu chodzi. Ściana gitarowego dźwięku z mocno nabijaną perkusją, przyspieszenia tempa no i ten nienaturalny, wzbudzający respekt, dramatyczny głos Anny Truszkowskiej. Nie będę ukrywał, że mnie się taki sposób śpiewania nie podoba. Za stary jestem. Ale i w młodości nie byłem za takimi klimatami. Ja rozumiem, że gatunek zobowiązuje, ale ja i samego gatunku sobie nie cenię. Szukam tu raczej tego co wykracza poza kanon, a na szczęście nie brak tu tego typu elementów. Poczynając od okładki, która mogłaby śmiało zdobić shoegaze’owe albumy, przez instrumentalne wprowadzenia do większości kawałków, po intrygujące fragmenty tekstów („Szukając topieli, czeluści na dnie, by ukryć swe zbrodnie, ciężar przestać nieść”, albo „Śnisz bory tak gęste, śnisz smolisty dym, góry najwyższe, całun mgły”). Tekst utworu „Jad” to z kolei przykład punkowego ducha, wytykającego hipokryzję i brak akceptacji dla odmienności. Tempo tego kawałka jest hard core’owe, a wokal zahacza częściej o melodyjność. Momentami można znaleźć tu coś z ducha Armii. Fajne jest też chwilowe zejście do spokojniejszego fragmentu w drugiej części nagrania. Majestatycznie zaczyna się „Gorycz”. Tu też jest przejście do niemal akustycznego momentu, po którym wypala jednak kanonada dźwięków, a całość kończy tło niczym z „Disintegration” The Cure. Zamykająca wydawnictwo „Cisza” to najwolniejsza kompozycja. Bynajmniej nie cicha, ale na swój sposób spokojna i smutna. Mniej tu gitarowych ataków, a te które są mają w sobie wyjątkową jak na ten styl melodyjność. Trochę wyobrażam sobie w swojej naiwności, jak mogłaby wyglądać ta płyta, gdyby była inaczej zaśpiewana. Pewnie zostałbym cichym fanem, a tak… cieszę się, że inni ich tak doceniają.
