Świat się zmienia. Znowu liczą się przede wszystkim siła i sex. Filmy o takiej tematyce zyskują największą popularność. Przygoda, dowcip, niezwykłość schodzą na dalszy plan. To pewnie efekt ogólnego poczucia zagrożenia, które sprawia, że wracamy do elementarnych, niemal biologicznych wartości. Liczy się bezpieczeństwo, a je zapewnia dominacja. Film „Furioza” to kolejny w polskim kinie przykład historii o twardych chłopakach, którzy nie szanując prawa, zdobywają pozycję, o której większość marzy. Ostatnio byli gangsterzy, teraz mamy kiboli. Tytułowa Furioza to grupa gości, którzy kibicują swojej lokalnej drużynie piłkarskiej, a zarazem lubi walkę wręcz. Chodzi na „ustawki” z innymi kibolami oraz „ustawia” piłkarzy i władze ukochanego klubu. Dostajemy zatem męski świat z męskimi zasadami. Mamy uwierzyć, że kibol ma honor i np. nie sięga po inne narzędzia, niż własne pięści, jeśli nie musi. Obstawia bramki w klubach, ale nie handluje dragami. No, chyba, że trafi się okazja… Historia ukazana w tym filmie jest prosta i klasyczna. Są dwie rywalizujące grupy i są gangsterzy od prochów. Policja podejrzewa, że pomiędzy nimi jest współpraca i chce wejść w ich struktury. Wybór pada na chłopaka (Mateusz Banasiuk), który był członkiem Furiozy, ale raz stchórzył i doszło do tragedii. Teraz odkupuje winy jako lekarz. „Rekrutacji” dokonuje jego dawna dziewczyna (Weronika Książkiewicz), która po wspomnianej tragedii porzuciła środowisko i została policjantką. Mamy zatem melodramat i rozgrywki osobiste. Na czele Furiozy stoi brat lekarza (Wojciech Zieliński), który jest właśnie taki twardy, ale honorowy. Gdy pojawia się pokusa, by przekroczyć granicę, nie wyraża zgody. Ale przecież zawsze ktoś się skusi na dużą forsę i łatwiejsze rozwiązania. Oglądamy zatem świat, w którym kobiety są tylko „dziuniami”, a sprawy załatwia się na ostro. Jest duch wspólnoty i prostych zasad. Imponuje? Zapewne wielu osobom. Choć w gruncie rzeczy prawda o kibolach jest taka jak w pierwszej scenie „pociągowej” i nie wiem czemu ktoś próbuje zbudować jakiś mit wokół tego środowiska? Film Cypriana Olęckiego jest sprawny, dobrze zrealizowany, ale podobnie jak filmy gangsterskie niebezpiecznie powabny. On jest miejscami nawet zabawny, dzięki niektórym odzywkom, czy postaci „Buły” (Sebastian Stankiewicz) – gościa z nadwagą, który jest po prostu śmieszny. Oczywiście – kilka osób ginie, czasem kogoś boli, czasem leje się krew. Ale czy to nie jest adekwatna cena do zysków? Odnoszę czasem wrażenie, że polscy filmowcy w zamian za wgląd w przestępczy świat zwierają z nim układ. Tworzą legendy, kultowe postacie. Młodym ludziom ten świat może imponować i jakoś ich pociągać. Jest kasa, pozycja, wpływy, są dziewczyny, kumple i używki. Takie życie – prawdziwe, a przecież jakoś naciągane. Wiem, jestem cienias. Mógłbym oglądać nawet filmy o wolontariuszach Caritasu. No ale kto by to kupił? A tak mamy światowy hit na Netfliksie!