Jon Spencer i jego Blues Explosion towarzyszyli mi przez ponad ćwierć wieku w odkrywaniu prawdy o tym, czym tytułowy blues może być, gdy połączyć go z punkiem, hip-hopem i soulem. Zwłaszcza płyty wydane w latach 90. dostarczały mi niezapomnianych wrażeń. Prosto, stylowo i zawsze autentycznie. Owszem – sięgałem po wcześniejszy projekt Spencera – Pussy Galore i poboczny – Boss Hog, ale to Jon Spencer Blues Explosion był głównym punktem odniesienia. Na początku tego roku lider oznajmił, że nie ma co liczyć na kolejną płytę jego klasycznego zespołu. Już zresztą w 2018 roku ukazała się dość nieoczekiwanie solowa płyta artysty, z nowymi muzykami. Teraz wraz z nimi (Sam Coomes na klawiszach i M.Sord – ex-Boss Hog na perkusji) oraz dawnym kolegą z Pussy Galore – Bobem Bertem (który można powiedzieć, że gra na śmieciach) powołał do życia Jon Spencer & The HITmakers. Płyta „Spencer Gets It Lit” ukazała się 1 kwietnia (w Polsce tydzień później) i zawiera muzykę, którą trudno jednak odróżnić od propozycji Blues Explosion. Może trochę więcej tu elektronicznych, klawiszowych wstawek, ale nie są to zarazem umilacze, które sprawiły, że „Whiteout Condition” Boss Hog mógł rywalizować kiedyś z Garbage. Ten materiał jest ostry, szarpany i rock’n’rollowy. Klawisze dodają bardziej retro-stylowości (pamiętacie choćby „Ten” Stranglersów?), niż taneczno-klubowego sznytu. Produkcja jest czysta a zarazem surowa, bez efektów specjalnych. Kolejny raz słyszymy gangsterskie zagrywki, skórzany rock i pewny siebie, pełen pasji i zmysłowości śpiew Jona. Jak się ma taką filmowo niską barwę głosu i odpowiedni power, to naprawdę można wiele wywalczyć. Nawet jeśli tylko wyrzuca się z siebie słowa, bądź monodeklamuje. Na „Spencer Gets It Lit” słychać zarówno nawiązania do The Cramps, White Stripes, The Black Keys, ale też do Suicide. Zwłaszcza traktowanie klawiszy jest tym, czym odróżnia nowy zespół Spencera od dokonań jego wcześniejszych grup. Bez tych nieco archaicznych, elektronicznych dźwięków nie byłoby stylu The HITmakers. Album promują trzy single: „Junk Man”, „Death Ray” i „Warm Town”. Poza pierwszym z nich, który brzmi jakby już kiedyś został nagrany przez Blues Explosion, pozostałe mają właśnie te charakterystyczne wstawki wychodzące spod palców Sama Coomes’a. Pierwotnie album anonsowany był jako 13-utworowy, ale ostatecznie znalazło się na nim 15 kawałków. Nie problem, bo cały repertuar podobnie dobrze się broni, a wszystkie utwory są równie zwięzłe. W sumie nie ma zatem co płakać po Blues Explosion.
