Lata 70. były złotą epoką artystycznego rocka. Nowe, elektryczne instrumentarium doskonale nadawało się do budowania ambitnych kompozycji, w których rockowa energia rozkładała się na pomysłowe struktury dalekie od konwencji popowej piosenki. Format płyty analogowej pozwolił komponować i wydawać utwory trwające po kilkanaście minut. Był zatem czas na budowanie opowieści, zmianę dynamiki, nastroju i melodii. Niektóre rzeczy z katalogu Genesis, King Crimson, czy Yes także na mnie zrobiły kiedyś wrażenie. W kolejnej dekadzie udanie wrócił do tego typu konwencji zespół Marillion. Lata 90. miały już tak wiele do zaproponowania, że słuchanie kolejnych epigonów gatunku wydało mi się zbędne. Porcupine Tree, które debiutowało w 1992 roku dostrzegłem dopiero wiele lat później, kupując (i to też ze sporym poślizgiem) ich płytę „Fear of Blank Planet” z 2007 roku. Ale wiedziałem oczywiście, że Steven Wilson ma w Polsce wielu wyznawców. Grupa całkiem atrakcyjnie łączyła ładne, akustyczne partie, z ciekawą elektroniką i prog-metalowymi elementami. Niemniej w ogóle nie przeszkadzało mi zawieszenie przez zespół działalności po nagraniu płyty „Octane Twisted” z 2012 roku. Powrót grupy w tym roku z nową płytą stał się pewnego rodzaju wydarzeniem. Gavin Harrison grał przecież w ostatnich latach w King Crimson, a Richard Barbieri w Marillion (zaczynał jeszcze w nowofalowym Japan). Lider także był cały czas aktywny i szanowany. Mogę powiedzieć, że dałem się trochę złapać na efekt „głodu i oczekiwań”. Album „Closure/Continuation” narobił trochę szumu i pojawił się wysoko w notowaniach sprzedażowych – przynajmniej w Polsce. Jego zawartość nie jest jednak w żaden sposób odkrywcza, zaskakująca, czy zasługująca na szczególną uwagę. Dostaliśmy absolutnie przewidywalny materiał, czerpiący z wcześniejszych koncepcji i wykonany w klasyczny sposób. To dojrzała, poprawna, momentami ładna, w paru miejscach dynamiczna płyta. Na pewno ani odważna, ani progresywna. Zespół pracował zresztą nad niektórymi z tych kompozycji już przed laty, tylko odłożył je na półkę. Dopiero pandemia sprawiła, że grupa wróciła do pracy i swoich dawnych pomysłów. Otrzymaliśmy kilka dłuższych kompozycji – po średnio 8 minut, kilka krótszych – po średnio 5 minut, w zależności od edycji płyty. Momenty liryczne przeplatane są mocniejszym graniem. Jak zwykle dostajemy zmiany rytmu, spokojne wokale, trochę elektroniki ale dość zachowawczej. Oczywiście można się w tym zasłuchać i rozsmakować, ale trzeba mieć na to ochotę. Ja poczułem się bardziej rozczarowany, niż ujęty.
