Można odnieść czasem takie wrażenie, że złota epoka dla Amerykanów to lata 50. ub. wieku. Do tamtej mody, lukrowych kolorów, gładkich kształtów i muzyki z pogranicza jazzu, popu i rock’n’rolla odwołuje się wielu współczesnych twórców i stylistów. To wtedy wielu Amerykanów śniło jeszcze swój piękny sen o pomyślnej przyszłości. Film „Nie martw się, kochanie” rozprawia się z tym mitem po swojemu, a właściwie po kobiecemu. Z jednej strony dostajemy tu imponujący pokaz ówczesnej estetyki, oglądamy bardzo eleganckich panów i bardzo kobiece panie domu. Już taki podział ról, na pracujących ciężko mężczyzn i zajmujące się domem i plotkami kobiety, jest tu jawną prowokacją (wszak reżyserem, scenarzystą i odtwórcą głównej roli są wyłącznie kobiety). W ramach tajnego Projektu Victory na pustynno-skalistym odludziu powstało idealne, symetryczne miasteczko. Alice i Jack (Florence Pugh i sam Harry Styles!) są rozkochanym w sobie małżeństwem, które poza codziennymi obowiązkami chętnie oddaje się intymnym uciechom i spotkaniom towarzyskim. Ich bezpruderyjność jest pierwszym sygnałem wykraczającym poza ramy ukazywania tamtej epoki. Kolejnym, nieprzypadkowym, są problemy czarnoskórej przyjaciółki Alice (wszak akurat czarnoskóra społeczność USA ma niewiele powodów do sentymentu za tamtą Ameryką). Margaret wysyła sygnały świadczące o odkryciu prawdziwej twarzy cudownego miasteczka, co kończy się dla niej dramatycznie. Alice sama dostrzega też kolejne przejawy fasadowości idealnego życia. W niezmiennym cyklu codziennych czynności odkrywa, że jajka są tylko wydmuszkami. Jadąc autobusem widzi samolot, który rozbija się w górach. Żeby ściągnąć pomoc, musiałoby dojść do przekroczenia zakazanej granicy otaczającej miasteczko. Coraz trudniej jest ignorować dziwne podziemne wstrząsy, milczenie zapracowanych mężów i ciągłe zabawy, które wyprawia także podejrzany Szef projektu – Henry (Chris Pine). Jack dostaje awans, ale Alice coraz bardziej drąży ukryte, ciemne strony Projektu Victory. Ten film, który zadebiutował na Festiwalu w Wenecji, jest z jednej strony zabawą w filmowe nawiązania do dzieł Hitchcocka, czy Polańskiego, a z drugiej kolejnym wyzwaniem rzuconym przez kobiety dawnemu porządkowi. To one są tu protagonistkami. Panowie tylko się starają. Podoba mi się plastyczna i muzyczna strona tego filmu. Sama historia też jest niezła. Wielkich braw jednak nie biję, bo zbyt wiele elementów z tego filmu już kiedyś widziałem.
