Jeśli ktoś oczekiwał po nowym filmie Baumbacha kolejnego teatralnego dramatu psychologicznego w stylu „Historii małżeńskiej”, niech nie zabiera się za „Biały szum”. Prędzej powinni zaciekawić się nim Ci, którym spodobała się ekranizacja historyjki Roalda Dahla – „Fantastyczny Pan Lis”. W najnowszym dziele amerykańskiego reżysera jest katastroficznie i absurdalnie, toniemy w ludzkich słabościach, ale usilnie zamykamy oczy, gdy robi się groźnie, lub rozglądamy się za przysłowiową brzytwą. Jack i Babette tworzą patchworkową rodzinę. On (Adam Driver) jest światowej sławy wykładowcą akademickim – znawcą Hitlera. Przygotowując się do międzynarodowego kongresu, uczy się pilnie niemieckiego i z dumą popisuje się już nazwami liczebników. Jego najbliższy znajomy naukowo podchodzi do Elvisa Presleya. Dostajemy też wykład o wielkości i metafizycznym pięknie wypadków samochodowych w kinie amerykańskim. Gdy jednak dochodzi do prawdziwej katastrofy z udziałem ciężarówki i pociągu przewożących toksyczne substancje nikogo to nie zachwyca. Jack próbuje umniejszać niebezpieczeństwo, ale gdy pada apel dotyczący ewakuacji, panika szybko zastępuje rozum. Sama katastrofa obnaża. Człowiek jest jej sprawcą, nikt nie jest na nią przygotowany, służby sobie nie radzą, ludzie wpadają w panikę, naukowcy przedstawiają coraz to nowe tezy, a massmedia zaciemniają obraz sytuacji. Rodzina Jacka ucieka przed nieznanym i groźnym i ulega masowym lękom. To dzieci są w tej sytuacji silniejsze od swoich rodziców i próbują ratować sytuację. Drugim widmem, jakie przepełnia Jacka i Babette to strach przed śmiercią. Jack boi się, że został skażony przez toksyczne opary. Babette w ukryciu bierze pastylki zwalczające lęk przed śmiercią, które przypisuje jej jakiś hochsztapler. Gotowa jest na wszelkie upokorzenia, by wyzwolić się ze swojej obsesji. Baumbach miesza gatunki i konwencje. Zasłania się ironią, ale nikomu nie jest tu do śmiechu. Choć film oparto na powieści Dona DeLillo z 1985 roku, z łatwością możemy odnieść te realia do współczesnych traum. Wisi nad nami katastrofa, a stan naszego ducha jest w wyjątkowo słabej kondycji. Oczywiście można dyskutować, czy forma podejścia do tematu jest właściwa, ale ja od początku czułem, że mój nastrój pogarsza się wraz z mijającymi minutami filmu. To nie jest czarna komedia, to teatr absurdu. I nawet wesołkowaty, niby musicalowy, finał z nowym kawałkiem LCD Soundsystem w tle, nie poprawia nam nastroju, ani nie zmienia przykrej wymowy „Białego szumu”.