Powrót do składu Red Hotów Johna Frusciante nie był dla mnie wielkim wydarzeniem. Lubiłem ten zespół bez względu na to kto akurat grał w nim na gitarze. Wydany na singlu na początku lutego „Black Summer” potwierdził, że nic wielkiego się nie stało. Pomimo produkcji Ricka Rubina i gitary Johna, nie wróciła magia „Blood Sugar Sex Magic”. Ot kolejny przyjemny kawałek zespołu, jakie zaczęły powstawać odkąd RHChP posmakował radiowej popularności w czasach „Californication”. Ja zacząłem ich słuchać pod koniec lat 80 kiedy w moje ręce wpadły najpierw „Uplift Mofo Party Plan”, a potem „Mother’s Milk”. Nie od razu pokochałem słynne „Blood Sugar…” i wcale nie odrzuciłem potem „One Hot Minute”. Właściwie od „Stadium Arcadium” zacząłem krytyczniej postrzegać grupę. Bardzo podobał mi się za to występ Red Hotów w 2012 roku na Impact Festival, kiedy to już grał z nimi Klinghoffer. Moje pierwsze wrażenie z odsłuchu „Unlimited Love” były zaskakujące – ładna płyta, fajnie się jej słucha, ale gdzie jest dawny czad!? Potem stwierdziłem, że goście z 60. na karku wyglądaliby teraz z czadem tak, jakby znów wyszli na scenę przystrojeni w same skarpetki. Ten funk-rock nie będzie teraz taki jak trzydzieści lat temu i trzeba pogodzić się z faktem, że tzw. ballady nie będą teraz pojedynczymi wyskokami. Wplecenie dęciaków nie będzie szaleństwem, a jedynie sympatycznym ozdobnikiem. Rapowe frazy Kiedisa nie będą gniewnym wyrzutem, a wyrazem posiadanej prze niego techniki wokalnej. Drugi singiel „Poster Child” to kolejna powtórka z rozrywki, o co nie trzeba się gniewać. Grupa dała od siebie odpocząć i ma prawo zagrać trochę nut w swoim sprawdzonym stylu. No bo kto inny tak teraz gra? Oczywiście Kiedis i Flea to byli kiedyś imprezowi wariaci i dziś trochę się za nimi tęskni, ale jeszcze raz przypomnę ich metryczki. Czyż nie bardziej im do twarzy dziś z pewną elegancją, jaka wybrzmiewa choćby z takiego „It’s Only Natural”, czy „White Braids & Pillow Chair”? Oczywiście to nie jest tak, że na „Unlimited Love” nie ma wybuchów, czy pełnych pasji partii, jak choćby w trzecim singlu „These Are The Ways”. Brak za to dzikości i przepełnionej zwierzęcą energią siły. Zdarzyło mi się nawet przysnąć przy jednym z odsłuchów płyty, choć mój wzmacniacz nie był przyciszony. Nowy materiał mieści się gdzieś pomiędzy „Under The Bridge” a „Breaking The Girl” ze słynnego „Blood Sugar Sex Magic” i mnie to bynajmniej nie przeszkadza. Rick Rubin wykonał dobrą robotę (choć podobno się nie napracował). Ten album fajnie brzmi. Jest wyważony, bez popisów, zrealizowany tak na czysto. Największym wyskokiem jest chyba „Bastards of Light”, w którym słychać m.in. syntezatory. Dość oryginalnie z perspektywy wcześniejszych dokonań zespołu wypada końcówka „One Way Traffic” z dość zawiłą, niemal jazz-rockową solówką. Pewną świeżością wybrzmiewa też „The Heavy Wing” odwołujący się do cięższych brzmień z lat 70. Generalnie jednak otrzymaliśmy materiał jakiego można było się spodziewać. Nie wyobrażam sobie słabej płyty Red Hotów, ale świetnej też już nie. Czeka ich powolny zwrot w stronę przeciwną niż własne korzenie i to będzie ciężka próba. Póki co wychodzą z niej zwycięsko.
