Głupio przyznać, ale o tym, że czekałem pół roku na spotkanie z drugą płytą Doroty Masłowskiej zadecydowała jej cena. 60 złotych za krajową płytę, to dla mnie zaporowy poziom – tym bardziej, że autorka w zakresie muzycznym pozostaje jednak ciekawostką. Po skorzystaniu z promocyjnego zakupu przekonałem się, że album „Wolne” trwa zaledwie 26 minut, natomiast zawartość jest mniej prowokacyjna, niż album sygnowany jako Mister D. Oczywiście wejście do świata wytwórni SBM było aktem odwagi, ale bez pewnego rodzaju heroizmu Masłowska w ogóle nie zaistniałaby na rynku muzycznym. Wszak nie jest piosenkarką, a tak zwaną wokalistką. Jednak siła osobowości, rozważne kolaboracje i niezawodne teksty są wystarczającymi atutami tego wydawnictwa. Co prawda skala ryzyka była niepotrzebnie duża – Dorocie śniły się dyslajki i bardzo mało lajków o czym napisała w kawałku „Lajki”, zanim faktycznie wylała się na nią fala środowiskowego hejtu. Mamy tu jak zwykle wersy z wymownym auto-dystansem: „To największe moje dzieło do tej pory. Nie wiem czemu jeszcze jakoś nie sypią się nagrody. Nikt mnie na wielką galę nie zaprosił.” („Miłość”). Masłowska najwyraźniej nie kalkulowała sukcesu, głównie zakładała niepowodzenie. Na singiel wybrała upokarzającą piosenkę, trwająca poniżej dwóch minut („Motyle”). Choć faktycznie zawiera ona dość melodyjną frazę, to pomyślmy kto chciałby puszczać piosenkę o lasce, która marzy o samochodowym seksie w drodze nad morze. Jakiś kanał disco-polo chyba. Na tej płycie jest generalnie mnóstwo fraz przykrych, wstydliwych i poniżających. Jest tu dosłowny striptiz i ten mentalny. Kawałki o bolesnych relacjach z ojcem, o seksualnych gadżetach (nieco zużytych ale jeszcze dobrych), niższości względem facetów (śmiali się z mojej wypiętej dupy, gdy myłam twarzą podłogę), niepełnej miłości (mówiłeś że mam piękne oczy, gówno, wogle nie były piękne), różnych niedostatkach (tańczę jak drewno). To jest generalnie ciekawe, ale dla mało kogo. Dla czytelników Masłowskiej – owszem i zdecydowanie. Oczywiście nie brak tu popkulturowych odniesień – do rodzimych seriali i popularnych niegdyś piosenek. Jest świat tradycyjnie jakby gorszy, albo ten nie bardzo z siebie dumny. Są utarte błędy językowe. Podkłady w tle są za to niczego sobie. W porównaniu z debiutancką płytą tym razem są na poważnie. Goście znani z SBM (Białas, Lanek, Solar i inni) robią dobrą robotę. Trochę zgrabnej elektroniki, nieco trip-hopu. Aż szkoda, że te kompozycje trwają średnio po dwie minuty. Ta płytą Dorota nie przekroczyła granicy mojego poważania, ale też zupełnie mnie nie rozczarowała. Prawdopodobnie kupię każdą jej kolejną płytę – o ile oczywiście nie będzie za droga