Niewiele pamiętam z katastrofy promu „Heweliusz”. Ot - prom zatonął w koszmarnych warunkach pogodowych, utopiło się wielu ludzi, ale kwestii przyczyn nie zapamiętałem. De facto tych przyczyn nie wyjaśniono po dziś dzień. Serial Jana Holoubka stawia w tym zakresie nie pozbawioną podstaw tezę o zbieżności kilku przyczyn, z których jedną z istotnych, a nadal nieudowodnionych jest obecność na kursie spóźnionego promu - niemieckiego trałowca. Siłą serialu jest faktograficzna wiarygodność, równomierne rozłożenie emocji i dawkowanie ujęć odnoszących się do kluczowej nocy z 13 na 14 stycznia 1993 roku. Wiadomo, że wielkie katastrofy fascynują i przerażają. W tym serialu równie fascynujący i przerażający jest proces Izby Morskiej, który miał doprowadzić do niezatopienia armatora promu. Państwo broniło swojej firmy, służby starały się ukryć temat wojskowego załadunku, a załoga broniła honoru swojego kapitana. Sprawa była brudna, gra paskudna, a finał przykry, czy wręcz tragiczny. Serial uczciwie pokazuje też racje strony publicznej, która widziała przede wszystkim konsekwencje społeczno-gospodarcze w sytuacji wykrycia wszelkich nieprawidłowości. Oczywiście widz empatyzuje się z ofiarami i ich rodzinami – to sprawia, że przez pięć odcinków cały czas angażujemy się emocjonalnie w tę historię, choć od początku wiemy, że prom zatonął, a ocalało zaledwie kilku członków załogi (śmierć poniosło w sumie 56 osób). Mamy wreszcie przybliżenie trzech kobiet, których mężowie byli uczestnikami feralnego rejsu ze Świnoujścia do Ystad. Tylko jednej z nich mąż przeżył katastrofę. Wdowa po kapitanie i po jednym z pasażerów-kierowców stają niejako po dwóch stronach dramatu. Kapitan chowany jest z honorami, kierowca po cichu. Jedną wdowę stać na wynajęcie adwokata, druga musi zastawiać majątek w lombardzie, by spłacać długi męża. Kapitan zostaje oskarżony o spowodowanie katastrofy, wdowie po kierowcy oferuje się pomoc w zamian za fałszywe zeznania. Nawet dzieci tych wdów są skonfliktowane. W przypadku „szczęśliwej”, trzeciej kobiety, musi sobie radzić z traumą męża, który przeżył zatonięcie promu. Wszystko to rozgrywa się w ponurej, zimnej aurze, gdy nowa Polska dopiero wykluwała się z socjalistycznych ram. Rzadko zdarza się tak rzetelnie zrobione kino, odnoszące się do historii – choćby i tej najnowszej. Nieprzyjemnie po nim, ale przynajmniej imponuje hart ducha niektórych z bohaterów „Heweliusza”.