„Frankenstein” – reż. Guillermo del Toro

USA, Meksyk, 7 listopada 2025

„Frankenstein” – reż. Guillermo del Toro

Gdy wiele lat temu przeczytałem powieść Mary Shelley, poczułem się poruszony. Oto w potworze, który od dziecka fascynował mnie w wydaniu przedwojennych ekranizacji z Borisem Karloffem, ujrzałem postać tragiczną i budzącą głębokie współczucie. Nagle to Victor Frankenstein stał się dla mnie kimś niepokojącym, podobnie jak większość ludzi, którzy bez wahania ruszali z widłami na wskrzeszone z martwych dziwadło. Kenneth Brannagh ponad 30 lat temu uczciwie sfilmował tę historię, ale Guillermo del Toro postanowił opowiedzieć ją po swojemu. Ta wersja poszerza niektóre wątki, mniej skupiając się na występkach nauki, a bardziej na międzyludzkich relacjach. Widzimy zatem Victora jako chłopca chowanego przez kochającą matkę i bezdusznego, wymagającego ojca. Tak jak ojciec odpytuje go z zadanego materiału, tak po latach on będzie egzaminował swoje potworne dzieło. Opuszczony przez matkę, która umiera w połogu, nie potrafi później zbudować relacji z kobietą. Ale to stawienie czoła śmierci sprawia, że Victor z wrażliwego młodzieńca, przemienia się w kopię swego ojca. Jego twórczy zapał i determinacja, finansowane przez bogatego ojca pięknej Elizabeth – wybranki jego młodszego brata – pozwalają przekraczać kolejne granice poznania, ale i praw boskich. Cierpliwie składa fragmenty ciał straconych rewolucjonistów, by odkryć prawa symetrii i ożywić obumarłe organy. To nieprzypadkowe, że del Toro zamiast osiłka wykopanego na cmentarzu, zszywa szczątki buntowników. Wszak duch rewolucji jest nieśmiertelny. Victor sam jest buntownikiem i nie godzi się, by jego eksperyment mógł przedłużyć życie bogatego sponsora. Pomimo bliskości z bratem, myśli o odebraniu mu Elisabeth, chcąc niejako zemścić się na nim za doprowadzenie do śmierci matki. Gdy ożywione siłą jego geniuszu monstrum nie olśniewa go błyskotliwością, wydaje na niego wyrok. Zamierza zmyć z siebie winę za własny grzech, odzyskać uznanie w oczach Elisabeth i rozwiązać problem dalszej opieki nad kłopotliwym stworem. Del Toro pokazuje też zdarzenia oczami stworzonej istoty, która jak każdy odmieniec prędzej znajdzie zrozumienie u kobiety, niż w oczach mężczyzny. Łatwiej nauczy się czegoś od dziecka, niż od naukowca, a wreszcie jeśli znajdzie przyjaźń i uznanie to u słabego, niewidomego starca. Ten film jest imponujący wizualnie. Może przesadzone są sceny walk z wilkami, ale ogromna wieżą nad urwiskiem, w której prowadzone są eksperymenty, godna jest pędzla Beksińskiego. Nie brak tu też baśniowych scen, jak i gotyckiej grozy. Postać stworzonej istoty pierwszy raz ma w sobie ból, dobroć i wrażliwość, a nie tylko szpetotę, ból i gniew. Zastanawiałem się po co twórca „Labiryntu Fauna” sięga po tę ograną opowieść. Teraz wiem i rozumiem.