Wydawanie płyt z każdej kolejnej trasy koncertowej to z jednej strony wyraz pewnego rodzaju „dziadostwa”, ale z drugiej dowód dużego grona wiernych fanów. Sam mam niemal wszystkie „koncertówki” Depeche Mode i trzy ich występy zaliczone na żywo. Pewnie nad kupnem tegorocznej płyty zastanawiałbym się dłużej, gdyby nie fakt, że wydawnictwo wzbogacono o cztery niepublikowane, studyjne nagrania z sesji do „Memento Mori” - i to od nich chciałbym zacząć tę recenzję. Ostatni utwór – „In the End” wyszedł jako singiel promujący kinową odsłonę filmu „M”. Kawałek napisany przez Gore’a z liderem Psychedelic Furs zebrał wiele ciepłych słów od fanów i podbił momentalnie polskie listy przebojów. To faktycznie udana kompozycja, nośna i z wymownym tytułem. Ku mojej radości pozostałe trzy wcale nie są gorsze. Jako pierwszy uwagę zwraca „Life 2.0”, w którym dostajemy partie wokalne z przetwornikiem głosu niczym w Daft Punk. Jest tu „normalny” wokal, a ten przetworzony towarzyszy mu w tle niczym chórek. Ma wyrazisty rytm prowadzony przez basowy syntezator i ładną melodię. Moim zdaniem też nadaje się na singiel. „Survive” buduje zmysłowy głos Gahana i głębokie pomruki syntezatorów. Utwór jest spokojny i przyjemnie rozlewający się. Dostojnie frazowany jest „Give Yourself To Me”, któremu też niczego nie brakuje. Ma zgrabny motyw klawiszowy, dobre partie wokalne i generalnie sporo się w nim dzieje na różnych poziomach. Każda z tych piosenek byłaby solidnym momentem ostatniej płyty. W koncertowym zestawie tradycyjnie znalazło się kilka nagrań z ostatniej płyty (w sumie pięć). To zarazem jedyne utwory, których nie było na żadnej z wcześniejszych płyt koncertowych zespołu. Depeche Mode tradycyjnie już zaczął występ w Mexico City od aktualnych wówczas przebojów, czyli singli „The Cosmos Is Mine” i „Wagging Tongue”, Ten pierwszy buduje nastrój, niczym kiedyś „Black Celebration”, „In Chains”, czy „Going Backwords”. „Wagging Tongue” ze swoim przyjemnym motywem klawiszowym zaprasza już do zabawy. Potem dostajemy dwa koncertowe klasyki – świetnie wykonane „Walking In My Shoes” oraz „It’s No Good”. Po nich dość niespodziewanie pojawia się „Sister of Night” – rzadko goszczący w setlistach zespołu. Po nim wracamy do żelaznego repertuaru w postaci „In Your Room”, „Everything Counts” i „Precious”. Trzeba przyznać, że Gahan jest w doskonałej dyspozycji głosowej, a zespół odgrywa swoje przeboje bardziej jak żywy skład, niż z zaprogramowanymi podkładami. Pierwszy raz słychać tak wiele inwencji w odgrywaniu dobrze znanych utworów. Śmiem twierdzić, ze to najlepsza płyta na żywo, jaką dotąd zespół nagrał, choć ma kilka ciut słabszych fragmentów. Pierwszym z nich jest kończący pierwszą płytę i jakby doklejony do setu „I Feel You”. Kontrastuje on z poprzedzającym go „Ghost Again”, który z kolei wypada lepiej niż na płycie studyjnej. Świetny jest też nieco trip-hopowy „Home”, który w takiej wersji udowadnia słuszność wydania go swego czasu na singlu. Druga płyta przynosi same wielkie przeboje. Kilka razy Gahan pozwala sobie oddać głos publiczności i przez to odrobinę brakuje mocy choćby takiemu „Enjoy the Silence”, do którego wprowadzenie przyprawiło mnie niemal o dreszcz. Podobnie jest też w jednym z moich ulubionych kawałków, czyli „Stripped”. Gdyby szukać momentów absolutnie porywających to jest nim „A Pain That I’m Used To” i „Johnny Revelator”. Czuć w nich zespołową moc, energię i świetne zgranie. Depeche Mode jawi się w takich momentach niczym rockowa maszyna. Po drugiej stronie emocji lokuje się piękne wykonanie nieoczywistego w tym zestawie „Waiting For The Night”. Często dostajemy również nowe wprowadzenia do utworów i te momenty, gdy wykluwa się z nich znany przebój są zdecydowanie poruszające (vide choćby „Everything Counts”). Repertuarowo króluje klasyka. Z płyt wydanych w XXI wieku (oprócz promowanej „Memento Mori”) dostajemy tylko jeden utwór z „Sounds of the Universe” i trzy z „Playing the Angel”. Ciekawe jest, że czasem zespół pomija singlowe nagrania, a wybiera inne, jak wspomniane „Sister of Night” z „Ultra”, „Waiting For The Night” kosztem „Policy of Truth”, czy „Soul With Me” kosztem „My Favourite Stranger”, a „Speak To Me” zamiast „Before We Drown”. Dla fana rzecz nieodzowna, dla mniej lubiących dobry wybór na koncertową pamiątkę – tym bardziej, że w Polsce zagrali na tej trasie aż cztery koncerty.