Pochodzący z Alaski zespół Portugal. The Man polubiłem za zgrabne łączenie psychodelicznego popu z hip-kopem i r’nb. Produkcja Danger Mouse’a, czy Mike’a D. też robiły swoje. Wydana dwa lata temu płyta „Chris Black Changed My Life” zamknęła niejako ten okres – podobnie jak lata współpracy z Atlantic Records. Tegoroczna propozycja to zwrot ku cięższym gitarom. Ponoć zespół grał już tak kiedyś (a na pewno jego lider, który zaczynał w post punkowej grupie Anatomy of Ghost) Ja ich słucham od płyty „Evil” z 2013 roku i zaskoczyło mnie to nowe brzmienie, ale w sumie przyjemnie. Efekt okazał się nawet bardziej oryginalny, niż poprzednie wcielenie. Trochę można pomyśleć, że zespół zdobył popularność i uznanie (nawet statuetkę Grammy), by znów robić co mu się żywnie podoba. Za nowy materiał odpowiada przede wszystkim lider – John Gourley. W nagraniu wsparła go perkusistka i wokalistka (a prywatnie partnerka) - Zoe Manville oraz skrzypek – Kyle O”Quin. Album otwiera singiel, który we wrześniu anonsował nowe wydawnictwo – „Denali”. Numer wchodzi mocno, ale zaraz łagodzi go fajny, damski wokal i klawisz w tle. Gitary co prawda wracają i żłobią swoje ścieżki, ale tak jakby trochę dla żartu. Fani poprzedniego wcielenia grupy odnajdą się raczej w tej konwencji. Co innego drugi kawałek – tu już jest niemal agresywna nawalanka – kłania się scena hard core’owa. Dopiero w trzeciej minucie pojawia się psychodeliczny syntezator starego typu. „Angoon” to znów eklektyczny numer w stylu znanym z płyty „Woodstock” - ze zmianą tempa, tematów i rozłożony na dwa kierunki wokalne. Gitary też są. Przyjemny jest „Knik”, wyraźnie lżejszy – wręcz zwiewny. Dopiero w samej końcówce dochodzi nieco ciężaru i dość zapalczywe gitary. Utwór tytułowy jest śmieszny i znów z ciekawymi przejściami. Namieszali w nim sympatycznie. Tak zwaną drugą stronę płyty rozpoczyna chwytliwy „Mush”, który wyszedł na singlu razem z nieco mniej przebojowym „Tanana”, w którym wreszcie słychać skrzypce Kyle’a. Rozdziela je lekko zwariowany „Tyonek”, zalatujący Butthole Surfers, który - o dziwo - zapada też w pamięć. „Kokhanockers” przynosi nieco rozleniwiających nut, ale jak to na tej płycie – nie tylko. Płytę wieńczy szalony „Father Gun” z mocnymi, gitarowymi akcentami, ale zarazem przyjemnymi harmoniami. Nowa płyta Portugal. The Man to kawał dobrej zabawy, obszar do ciekawych eksploracji i zabaw w skojarzenia z minionymi czasami. Niech żyje fantazja i wolność artystycznej wypowiedzi.