„A świat trwa” – Laszlo Krasznahorkai

Wydawnictwo Czarne, 3 grudnia 2025

„A świat trwa” – Laszlo Krasznahorkai

Pierwszy raz od dawna, sięgnąłem po książkę nowego Noblisty i się nie zachwyciłem. W zasadzie ten zbiór opowiadań węgierskiego laureata za 2025 rok, czytał mi się nijak. Zdania szły jedno za drugim, całkiem wartko, ale po kilku stronach pytałem sam siebie: – O czym to jest? Co to za historia? Dlaczego to takie nieciekawe? Bohaterowie Krasznahorkaia są wycofani, niezaradni, często pogrążeni w smutku lub pewnego rodzaju odrazie wobec świata. Nawet jeśli mają jakieś pragnienia i plany, na których dałoby się zbudować narrację, to zupełnie nie radzą sobie z realizacją zamierzeń lub niewiele osiągają. Zobaczenie wodospadów, wyprawa wzdłuż Gangesu, zgłębienie życiowych zagadek Gagarina – to wszystko jest przez postacie jakoś napoczęte, ale w sumie nie mają się czym chwalić. Gdy udaje się złapać jakiś ciekawy wątek, zapadający w pamięć – jak choćby wspomnienie chorobowego aktu Fryderyka Nietzsche, czy historię o malarzu prostytutek – zaraz okazuje się, że niewiele da się z tej opowieści wycisnąć. Krasznahorkai jest przedstawicielem nowej węgierskiej prozy – nowej w sensie, że z końca XX wieku. Jego styl jakoś nawiązuje do francuskich rewolucji prozatorskich lat 50. i 60. Węgry – kraj uśpiony, stworzyły niejako węgierskiemu prozaikowi warunki do przekroczenia przyjętych norm stylistycznych i narracyjnych. Jakby Krasznahorkai chciał wstrząsnąć zadowolonym narodem i zmusić go do intelektualnej i moralnej aktywności. Do odmiennego spojrzenia na rzeczywistość i społeczeństwo – choć zawsze poprzez indywidualnych bohaterów i często w oderwaniu od węgierskich realiów. Opowiadania z tego tomu dzieją się w przeróżnych częściach świata – czasem nawet w tych, których autor nigdy osobiście nie poznał i nie zwiedził. Prawda, czy prawdopodobieństwo nie są tu szczególnie istotne, choć bywa, że tekst przybiera charakter niemal eseistyczny, dziennikarski, czy reportażowy. Ja się jednak częściej gubiłem w tych prozach, niż z nich czerpałem satysfakcję. W pewnym momencie kolejne strony zaczęły się przeze mnie przelewać i nawet przestały mi przeszkadzać defekty w poświęconej uwadze. Autor sam zresztą umieścił w tym tomie tekst zbudowany z 79 akapitów na pustych stronach. Mogłem je przekartkować z podobnym zaangażowaniem, jak wiele innych w tym zbiorze. Co w związku z tym? Może przymierzę się jeszcze do jakiejś powieści Krasznahorkaia, ale po tym pierwszym spotkaniu będzie mi trudniej.