Podróż do Leuki

Podróż do Leuki

… i kiedy myślisz, ze w twoim dojrzałym, bądź co bądź, życiu zdany jesteś już tylko na wspomnienia dawnych przygód, trafia Ci się nagle wyprawa do Leuki. Masz plan, internet, nie jesteś generalnie sam, a jednak czasami nic nie dzieje się tak, jak się tego spodziewasz. Wstajesz rano w hotelu na południu Włoch. Masz doskonały humor, bo właśnie trwa twój noworoczny urlop i nawet fakt, że pobudka jest jakoś po szóstej, nie czyni ci wielkiej różnicy. Mnie przynajmniej nie czyniło. Może Gabrysi, bo moja żona w takich sytuacjach budzi się wcześniej z myślami natury organizacyjno-logistycznej, cały czas odmierza upływające minuty i wszystkich innych musi dyscyplinować, poganiać i informować. Rzecz jasna moja żona jest wspaniała i wszyscy się jej chętnie słuchają, a nawet zawierzają jej swój los, środki finansowe i poczucie bezpieczeństwa.

Prawdopodobnie gorzej spała też Monia, bo to był przecież jej pomysł, żeby trzeciego dnia pobytu w Apulii, odrzucić wszelkie inne potencjalne atrakcje i wybrać się na południowy cypel włoskiego obcasa, gdzie spotykają się dwa morza. Właśnie tam, choć poprzedniego dnia miejscowy kierowca Ubera powiedział jej  dosadnie, że w Leuce nic nie ma. Ale Monia już kiedyś mogła się tam znaleźć. Miała zaproszenie, tylko z niego nie skorzystała. A wiecie jak to jest – czasem tkwi w nas taki lęk, żeby nie być frajerem, że mogło być fajnie, a my to przegapiliśmy. Wtedy, nawet po latach, nachodzi nas pragnienie sprawdzenia takiej ewentualności, niejako zawrócenia czasu i podarowania sobie kolejnej szansy od losu. Zatem Monia nas na to namówiła i ja ją odrobinę podziwiam.

Być może jakieś deficyty komfortu odczuwała tego ranka także Nina, która ma imię po gruzińskiej świętej. Jeśli ktoś uważałby, że na wyrost, powinien zobaczyć ją jak dzielnie znosiła fakt, że jej kolano na tym wyjeździe ewidentnie źle pracowało, a jej krok nie był obiektywnie najlepszy. Nina już wiedziała, że czeka ją poranny marsz na autobus i że przystanek jest dwa razy dalej, niż znana nam już stacja kolejowa. Wyszła z hotelu nieco później, razem z Monią – ale skłamałby ten, który by twierdził że nas opóźniała.

Kiedy ma się dwie minuty zapasu na trasie 45-minutowej, to pewne spięcie może wystąpić. Trzeba się jakoś postarać, by raczej nadrobić, niż stracić. Dla Marcina i Betty, którzy podążali z nami na autobus do Lecce o 7:31, poranny spacer nie był szczególnym wyzwaniem. Dysponują jakaś taką naturalną ochotą do życia i swobodną akceptacją dla różnych zdarzeń. Betty jest z natury dynamiczną optymistką, a Marcin ufa w moc Wszechświata, który odpowiada na jego pomysły. A nawet jeśli mu ich akurat brakuje, to sam proponuje mu coś właściwego. Z perspektywy czasu mogę stwierdzić, ze Wszechświat nas zdziwił, choć nie zawiódł. W każdym razie Marcin jest o tym absolutnie przekonany.

Poranne Brindisi w styczniu nie jest hałaśliwym i dynamicznym miejscem. W małych bistro robi się pierwsze espresso, chodniki i trotuary przechodzą proces sprzątania, z ulicznych drzewek mandarynkowych spadają dojrzałe owoce, które kilkaset metrów dalej ktoś sprzedaje za pół Euro. Niektóre psy cieszą się z niespiesznych spacerów, a my wprost przeciwnie – cieszyliśmy się z szybkiego zmierzania do celu i nadrobienia ładnych paru minut.

Jeśli wyobrażacie sobie dworzec autobusowy w mieście, którego rangę określa posiadanie lotniska, to czeka Was uczucie pewnej dezorientacji. Nasz autobus nie odjeżdżał ze stanowiska. Stal przy nieco szerszej ulicy, przy słupku, na którym kiedyś był rozkład jazdy i inne informacje. Teraz ten słupek był przez niego zasłonięty – tym bardziej, że był to autobus piętrowy. Gdy nagle włączył kierunkowskaz, ruszył i odsłonił nam ów słupek, poczuliśmy z Gabrysią drobne ukłucie niepokoju. Reszta tego nie zaznała, bo była paręnaście metrów za nami, jeszcze przed zakrętem. Według czasu to nie mógł być TEN piętrowy autobus. Nasz powinien włączyć się do ruchu dopiero za kwadrans. Wiara w obiektywizm czasu sprawiła, że zbliżyliśmy się na puste miejsce postojowe z wiarą, nadzieją i miłością do ludzi. Mieliśmy wszak kupione bilety, które na pewno było widać w systemie. Cóż, skoro wszystko prysło. Nawet miłość do ludzi. Załoga Flixbusa stojącego po drugiej stronie ulicy zdradziła nam, że i owszem, to jednak był autobus do Lecce. Odjechał całkiem spokojnie.

Reszta grupy przyjęła to jakoś podobnie do nas. Nieco gorzej Monia, która od dawna kocha Włochy i w sumie Włochów też.

Nasz misterny plan logistyczny, który zakładał cztery przesiadki przy niedzielnym rozkładzie jazdy i stosunkowo krótkim styczniowym dniu, już na wstępie okazał się w zasadzie wadliwy. Następny autobus powinien być za godzinę, a to stawiało pod znakiem zapytania wyrobienie się na pociąg w Lecce.

Niektórzy mówili co o tym myślą, inni szukali rozwiązań, a jeszcze inni jakichś pokrzepiających informacji na wybrakowanych tablicach informacyjnych. Gdyby ktoś chciał na przykład usiąść po forsownym marszu i spokojnie zebrać myśli, to musiałby zauważyć, że nigdzie w zasięgu wzroku nie było niczego do siedzenia. Było ogrodzenie, przynależny do niego tzw. murek i krawężnik. Z takich rozwiązań co najwyżej mogła skorzystać Nina, co zresztą zaleciłby jej w takim momencie każdy ortopeda.

Co było robić!? Monia mogła sobie przypomnieć różne przekleństwa po włosku. Gabrysia nie znała włoskiego, więc nie musiała się ograniczać. Marcin wierzył we Wszechświat, a Betty sobie zapaliła.

Kwadrans po czasie przyjechał inny autobus. Też piętrowy i również do Lecce. Wyobrażacie sobie!? Monia ustaliła, że może nas zabrać. Niby nie wszystko się zgadzało, ale włoska obsługa ustaliła, że nasze bilety na wcześniejszą godzinę są ważne. Z radości wspięliśmy się na górny pokład i rozsiedli przed przednią, panoramiczną szybą. Nie było się o co martwić. Gabrysia na wszelki wypadek opowiedziała jednak wesołą historię o tym, jak jej Mama kupowała kapelusz. Kiepsko już wtedy chodziła, wspierała się na lasce, a do sklepu miała kawałek. Raz zapomniała pieniędzy, za drugim razem kupiła. Cóż skoro w domu zauważyła, że sprzedano jej znoszony i wręcz zniszczony kapelusz. Wróciła wzburzona do sklepu z pretensjami, a sprzedawczyni ucieszyła się na jej widok, bo Mama zapomniała wziąć ze sklepu zakupiony nowy kapelusz. Mnie się wydaje, że potem musiała wrócić jeszcze raz, bo zapomniała z wrażenia o lasce, ale mniejsza o to. Opowieść wszystkim się podobała.

Dworzec w Lecce był już dworcowy i leżał dobre pół godziny drogi od stacji kolejowej Ranek był już przyjemniejszy. Miejsce spacerowiczów z psami, zajęli mieszkańcy biegający dla zdrowia. Lecce to nie jakaś tam pipidówka – to jak piszą „Florencja południa”! Są zabytki, wille, a ludzie mają swój styl i włoską elegancję. Oni mieli spokojny niedzielny ranek, my mieliśmy naszą wyprawę do Leuki – i kto miał lepiej? Nie wiesz jeszcze, nie porównasz.

Dotarliśmy na stację wspominając, jak to sami kiedyś biegaliśmy, albo chcieliśmy biegać i rozważając, czy chodniki są mokre od deszczu, czy od polewaczki.

Nasz pociąg odchodził z ósmego peronu. Przejście podziemne było właśnie w przebudowie. Płyty paździerzowe wiodły nas tunelem aż na sam koniec, gdzie wychodziły na perony szósty i siódmy. Wyjścia na ósmy nie było. Nie miotaliśmy się jednak długo w poczuciu konsternacji. Włoskie służby kolejowe czuwały. Wystarczyło wyjść na peron 6/7, by funkcjonariusz zapytał nas o bileciki. Gabrysia oczywiście miała je w telefonie, tylko coś nie otwierały jej się załączniki z kodami QR. Dyskusje w językach włoskim i angielskim się przeciągały, a Marcin wbrew swojej naturze powiedział, że chyba nie pojedziemy. Na peron ósmy prowadziło przejście po torach, a pociąg już na nas czekał. Skład niewielki, by nie powiedzieć, że minimalny, ale – jak się okazało - na naszą destynację aż nadto wystarczający. Włoscy funkcjonariusze nie byli bez serca i podobnie jak panowie z autobusu, odpuścili nam drobne niedoskonałości systemu.

Pociąg pachniał dieslem. Miał wiele lat. Oferował brązowe, specyficznie wyprofilowane siedzenia i WC bez deski i na pedał. Warto było zajść do takiej toalety, spojrzeć z góry w czeluść wiodącą ku torowisku, poczuć tę zapomnianą woń i samemu spuścić wodę.

Czy pogoda za oknem zwiastowała wspaniały dzień? Wydaje mi się, że w niewielkim stopniu. Padać nie padało, ale słońce na pewno nie raziło, choć Betty żałowała, że zapomniała swoich stylowych okularów. Reszta outfitu się u niej zgadzała. Nikt nie powie, że skąd ona, co niby tu robi i jakie to w ogóle marki ma na sobie?

Nie wiem, gdzie nasz pociąg się zatrzymał. Przegapiłem ten moment, w którym widoki za oknem przestały być do oglądania.  Może bym się bardziej rozejrzał, ale nie było za czym. No i czas naglił. Na tyłach stacji stał już busik. Kierowca tym razem z pełną aprobatą spojrzał na nasze bilety. Inni turyści się z nami nie tłoczyli. Wsiadła jedna starsza para Włochów i jeden gość w kapeluszu – zapewne i on i nakrycie głowy pochodzenia zagranicznego. Mieliśmy przewagę i tak oto sprawnie ruszyliśmy w kolejny etap wyprawy.

Moje myśli wybiegały już śmiało w przyszłość. Wyobrażałem sobie nasz cel podróży. Co będziemy być może jedli. Jakie ładne zdjęcia zrobimy. Dopuszczałem nawet kupno jakichś pamiątek. Nie gipsowo-plastikowych miniaturek z napisem Leuka, barwionych figurynek, czy wisiorków z czymś zatopionym. Spodziewałem się naprawdę przyjemnych niespodzianek. Pod wieloma względami.

Tymczasem jechaliśmy przez krajobraz nie do końca jasny. Miejscowości były bardzo mało zaludnione, a drogi nie sprzyjały piciu czegoś z otwartych naczyń. Kto stworzył te okolice, kto zaprojektował nieudane fragmenty miejscowości, dlaczego nikt nie uprawiał prawidłowo okolicznych ziem, a rośliny zapomniały o swoim naturalnym, zielonym kolorze? Odpowiedź kryła się za historią niejakiego Luki. Zrodzony przed wieloma laty na ziemiach, o które dbał jeszcze Josip Bros Tito, szukał szczęścia w nieuczciwości. Zaplanował szlak kontrabandy do Włoch i dla niepoznaki główną trasę przemytu, ukrył pod przykrywką czegoś nieciekawego. Im lepiej zarabiał, tym więcej atrap stawiał, tym lepiej maskował widoki, by nikt inny nie chciał tamtędy podróżować. Wzorował się na rodzimej wiosce i drugiej, podobnej w ówczesnej Albanii. Ogólną kolorystykę ściągnął z reklamy proszku do prania, starannie zachowując barwy jeszcze sprzed prania. Roślinność skopiował ze szkolnego korytarza, tylko nie użył tworzyw sztucznych. Generalnie jak się jechało tymi niepotrzebnie krętymi drogami, pomiędzy zabudowaniami od początku odrapanymi i częściowo zburzonymi, nie chciało się tam być. Na szczęście ten odcinek podróży przewidziany był raptem na dwie godziny. Ta bardzo ciekawa podróż śladami Luki nieco się przedłużyła, ale nie bez przyczyny. Kierowca, będący być może niegdyś na usługach Luki, przypomniał sobie po godzinie, że przecież prawdziwy bus czasem gdzieś się zatrzymuje, kogoś zabiera, albo pozwala pasażerom wysiąść. Przypomniał sobie, ale jakby za mało. Zdemaskowała go scenka z pewną młodą turystką, po którą zajechał na coś w rodzaju parkingu. Dziewczyna czekała w aucie z koleżanką. Wysiadła z samochodu i z plecakiem oraz twarzą pełną nadziei podeszła do busa. Tam  jakby straciła wiarę w siebie. Kierowca spróbował otworzyć drzwi, te jednak jak zaklęte nawet na trochę się nie uchyliły. Mężczyzna za kierownicą i nastolatka z plecakiem wymienili spojrzenia. Było w nich dziwne pogodzenie z losem. Kierowca niewzruszony odpalił maszynę, by kontynuować tak zwany trip. Betty zaprotestowała, ale przecież po polsku, więc nikt nie zareagował. Po kolejnych minutach przemykania przez świat pozbawiony rzeczy wartościowych, bus znów się zatrzymał. Żarty się skończyły. Starsza para Włochów chciała wysiąść. Kierowca w swojej nieustępliwości jakoś im to umożliwił, natomiast urażone przemocą drzwi zapowiedziały, że teraz to się nie zamkną. Włosi to jednak naród cierpliwy i metodyczny. Kierowca postanowił rozgryźć problem awarii, a gdy jego pierwszy pomysł zawiódł, zadzwonił do kolegi. Rozmowa najwyraźniej niewiele wniosła, bo kolejne pomysły, obracały się nadal wokół odciągania jednego elementu i próby ruszenia sprężynki. Dalsze próby trąciły odruchem maniakalnym. W końcu drzwi same uznały, że to nierówna walka i się zamknęły. Ucieszyliśmy się, że „brawo”, ale kierowca nie kupił tego. Ponownie otworzył drzwi i wrócił do swoich wypracowanych czynności. Gdy poczuł się pokonany, przywiązał rozsądnie drzwi taśmą i ruszyliśmy.

Słońce, którego wciąż nie było widać, wspięło się tymczasem wysoko na niebie,. My beztrosko dojechaliśmy na kolejną stację kolejową. Monia dowiedziała się, że dalej powinniśmy jechać autobusem numer 125, właśnie stąd, ale o której to trzeba było zapytać na stacji. Nie było trudno zweryfikować prawdziwości tych wskazówek, bo stacja była wyraźnie bezludna lub samoobsługowa. Podróżujący z nami gość w kapeluszu wykonał tam kilka zdjęć – być może szpiegowskich - i zniknął. Zostaliśmy znów sami. Wokół wciąż królował świat nikomu niepotrzebny. Za pieniądze z Unii postawiono jakiś schludny pawilon dla rowerzystów, ale tu ich akurat nie było. Reszta otoczenia nie zachęcała do niczego.

Gabrysia sprawdziła, że 800 metrów dalej są dwa inne autobusy, które zawiozą nas do Leuki. Stąd było już naprawdę niedaleko do naszego celu, niewiele ponad 6 kilometrów. Gdyby nie nasza serdeczna relacja z Niną, moglibyśmy puścić się biegiem ku dalszej przygodzie. Już po dwustu metrach nieobiecujących niczego, natknęliśmy się na zabytkową atrakcję turystyczną. W kamiennym kręgu jakby z naszych pustaków, stał menhir. Przy nim tabliczka z symbolem krzywej wieży w Pizie i kodem QR.  Cóż to za zagadka? Co za fascynująca historia kryła się za tym zniszczonym przez wiek obeliskiem? Jak zrobić mu zdjęcie, by zachować żywą autentyczność jego megalitycznej przeszłości? Dlaczego kod QR jednak niczego o nim nie mówił? Gdzie byli inni turyści i podróżnicy, na których czekał ten pradawny obiekt? Dlaczego Marcin nie uwieczniał tych chwil swoją kamerką? Miejscowe psy szczekały, poganiając nas niecierpliwie. Niedaleko stał jeszcze kościół, z którego nikt nie korzystał i jeszcze jeden od dawna niezamieszkały budynek. Pod względem liczby obiektów zrujnowanych i zaniedbanych, miejscowość ta zasługiwała na wpisanie jej na listę unikatów UNESCO. My jednak spieszyliśmy się na przystanek. Tak spieszyliśmy, że aż go przegapiliśmy, a przecież był słup ze zniszczonym znakiem drogowym, nad którym przyczepiona była jak wół tabliczka mówiąca coś o transporcie publicznym. O fakcie, że jesteśmy we właściwym miejscu, świadczyły również śmieci, jakie zwyczajowo zostawia się w takich miejscach - zwłaszcza gdy nie ma koszy. Stanęliśmy sobie w rządku, bo więcej miejsca na poboczu nie było. Za plecami mieliśmy dziurawe ogrodzenie, a za nim ścianę budynku związanego być może z funkcjami publicznymi. Po drugiej stronie ulicy stał piętrowy budynek, z balkonu którego szczekał na nas zaskoczony pies. Początkowo nie poznaliśmy, że szczekał na nas z takiego powodu. Dopiero po jakimś czasie zatrzymał się przy nas samochód i miejscowy Włoch powiedział, że raczej nie mamy co tak stać, bo dziś tu nic nie przyjedzie. Były z nim dzieci, więc z pewnością nie kłamał, ale my i tak jeszcze trochę poczekaliśmy. Tak dla ukojenia. Bo co było robić? Mogliśmy zamówić Ubera, ale aplikacja nie wypluwała nam żadnej propozycji. Nina nie miała wesołej miny, choć generalnie kojarzę ją jako uśmiechniętą dziewczynę. Pewnie czuła pismo nosem. Jeszcze niby mówiliśmy, że przecież nie ma pobocza, że za duży ruch i w sumie za daleko, ale po chwili i tak ruszyliśmy w drogę piechotą. Byle na południe.

Jakby na pocieszenie, za niecały kilometr, ujrzeliśmy coś, czego Luka na pewno nie wymyślił.  Wielki supermarket z rozległym, niemal pustym parkingiem. Betty z Marcinem poszli coś sobie kupić, a my zaczęliśmy zamawiać Ubera. Odnieśliśmy jednaki sukces. W sklepie właśnie nastał czas na przerwę, a aplikacja nie pokazała nam żadnego dostępnego połączenia. Minęła godzina 13. Byliśmy siódmą godzinę w podróży. Humory nam dopisywały. Marcin wciąż nie filmował. Ja nie patrzyłem Moni prosto w oczy.

Kocham bardzo moją żonę, ale są chwile, gdy nie tylko kocham. To był ten moment, w którym ruszyła do pracowników supermarketu, wsiadających do samochodów, by powiedzieć im o naszej skomplikowanej jakoś sytuacji. Mówiła do nich po angielsku, ale była zdenerwowana, a oni lepiej rozumieli po włosku. Monia uszanowała inwencję Gabrysi i poszła ją wesprzeć. Co dwie blond dziewczyny, to nie jedna. Dwóch pracowników supermarketu zgodziło się nas podwieźć. Całą szóstkę. Nawet się z Marcinem nie musieliśmy chować za murkiem, czy w krzakach.

Była 13:30, gdy ujrzeliśmy na wyraźnym wzniesieniu przed nami - latarnię. Z wielu różnych intrygujących punktów w Leuce wydało nam się, że właśnie przy latarni warto wysiąść. Stamtąd na pewno widać było morze, czy też raczej - dwa morza.

Podziękowaliśmy młodym Włochom bardzo serdecznie. Ktoś nawet wyciągnął pięć Euro. Przy latarni wznosiło się też sanktuarium określane mianem „Na końcu świata”. Można było pomodlić się w nim na przykład o szczęśliwy powrót. Nina wolała zrobić zdjęcie tabliczce z numerami telefonu taksówki. Słońce nie wyszło, ale zrobiło nam się jakoś wyraźnie lepiej. Ze skalistego klifu roztaczał się prawdziwie panoramiczny widok. Cóż, że miejscami ograniczony płotem zony militarnej. Robiliśmy szybko zdjęcia, poszukując niezwykłego efektu morskiego zlewiska. Gdzieś powinna być jakaś tabliczka, czy inny znak informujący o tym zjawisku. Ja wypatrzyłem kamienny postument z napisem „De finibus terrae” - na wszelki wypadek zrobiłem tam pamiątkowe zdjęcie. Nie wiem, jak inni, ale patrzyłem na morze i czułem się jak bohaterowie filmu „Inaczej niż w raju” Jarmuscha, w finałowej scenie. I wtedy, z latarni morskiej zapaliło się światło. Wąska struga jasności padła na morze, rozdzielając wyraźnie Adriatyk od Morza Jońskiego. Tu taki kolor, tam inny – lekka zmarszczka na powierzchni. Istny cud. To stary Luka patrzył na nas ze szczytu latarni i kiwał z uznaniem głową.

Podróż do Leuki
Posłuchaj najnowszej listy przebojów
×