Czasem wzruszam się w kinie. Na „Hamnecie” uroniłem trochę łez. Nie ze smutku – z poczucia wzniosłości finałowych scen. Nowy film twórczyni „Nomadland” wykluwa się z bujnej natury, głębokich barw i symboli. Agnes w czerwonej sukni czuje się w lesie lepiej, niż w domowym gospodarstwie. Ma swojego jastrzębia, zna zioła i siłę natury. Gdy w jej życiu pojawia się Will – nauczyciel łaciny – przyjmuje go gwałtownie, niczym jakieś zjawisko atmosferyczne. Agnes przesycona jest wizjami oraz odczuciami. Will miota się pomiędzy nowymi obowiązkami, a sztuką, która go rozpiera. Nie widzi dla siebie miejsca na prowincji. Pomimo miłości do Agnes i córeczki, która przyszła na świat niedługo po ślubie, musi wyjechać do Londynu. Od tej pory – niczym w „Snach o pociągach” miłość i życie rodzinne wystawione są na kolejne próby i rozstania. Willa nie ma w domu, gdy Agnes rodzi bliźnięta. W jej wizjach coś się nie zgadza. Ale Will zaczyna odnosić sukcesy i planuje sprowadzić rodzinę do nowej wspaniałej posiadłości pod Londynem. W pewnym momencie okazuje się, że Will w istocie jest Williamem Szekspirem. Dowiadujemy się o tym niejako w tle dramatu i podobnie uświadomimy sobie, że jego syn – Hamnet to zarazem Hamlet – bohater słynnej tragedii. W główne role w tym kostiumowym dziele wcielili się Jessie Buckley („Czarnobyl”) i Paul Mescal („Normalni ludzie”). Nominację do Oscara dostała Jessie Buckley, która cała jest emocjami, ale i Paul Mescal dobrze pasuje do swojej roli. Z kompleksami wobec naturalnej siły Agnes, rzuca się w swoim życiu i podejmuje rozpaczliwą walkę o przebicie się z własnymi uczuciami i pragnieniami. „Hamnet” to zarazem opowieść o życiu i śmierci, o siłach jakie nami władają, o więziach rodzinnych i umiejętności akceptacji losu. To także podróż od natury do kultury. Film rozpoczyna się wśród drzew, blisko ziemi, a kończy na scenie teatru w Londynie. To także droga, jaką przebywa sama Agnes – jako kobieta, żona i matka. Ujmujące jest to, że dla niej – kobiety natury, sztuka Szekspira jest także wybawieniem i oczyszczeniem. „Hamnet” jest bowiem również hołdem dla sztuki. Wzruszenie widzów – zarówno tych prostych przed samą sceną, jak i tych możnych w lożach – jest poruszające. Słowa tragedii wybrzmiewają tu kilka razy, bardzo mocno. Wiadomo jednak jak silne uczucia za nimi stoją. Może film Zhao nie jest dziełem odkrywczym, czy istotnie zaskakującym, ale ma naprawdę siłę wyrazu. Trudno wrócić po nim od razu do własnego życia, bez kilku głębszych refleksji.