Wciąż nie bardzo wiem, co sądzić o twórczości pięciu pań z The Last Dinner Party. Na pewno jest w niej coś teatralnego, a ja częściej mam problem z takim podejściem do muzyki (Queen), niż je w pełni akceptuję (Florence & The Machine). Krytycy chwalą płyty Angielek, więc je po namyśle kupuję. Potem stwierdzam, że są niezłe, ale za dużo ich nie słucham. Zawsze mogę znaleźć jakieś kawałki, które są jak dla mnie OK, ale niektóre jakoś mi nie leżą. Z „From the Pyre” mam podobnie, jak z debiutem. Podoba mi się singiel „Second Best”, a do dwóch pozostałych („This is the Killer Speaking” oraz „The Scythe”), choć odniosły większy sukces, mam pewne zastrzeżenia. To głównie dylemat z gatunku, czy rock powinien być brudny i żywiołowy, czy jest rodzajem sztuki i może sięgać po bardziej ambitne formy. The Last Dinner Party nie zamierza być kolejną, rozkrzyczaną, dziewczęcą grupą z gitarami. Młodość i temperament to nie wszystko. One lubią również rozmach i kreację. Wystarczy spojrzeć na okładki ich płyt. Jest kontekst, są pozy i stroje. Pięcioosobowy skład upoważnia także do bogatszych aranżacji. Paniom bliżej zatem do Kate Bush, niż – dajmy na to -Bikini Kills. Słychać w ich kompozycjach całe dekady pomysłów i odrobione lekcje śpiewu oraz gry na instrumentach. Trochę przez to trudno wpisać „From the Pyre” we współczesne produkcje. Bliżej im do lat 70, czy nawet 80. Dużo tu melodii, harmonii i pomysłów. Panie potrafią być zmysłowe, liryczne, ale też niegrzeczne. W zasadzie dostajemy tu szeroką paletę kobiecości. Wykonawczo wszystko jest na wysokim poziomie, a koncerty potwierdzają (jak czytałem), że efekt otrzymany na płycie, nie jest wynikiem studyjnych technik i nakładek. Po kilku przesłuchaniach „From the Pyre” muszę przyznać, że rozmach tych nowych nagrań może imponować. Nie ma tu słabych kompozycji – co najwyżej nie wszystkie pomysły trafiają prosto w mój gust.