Ciężko oglądało mi się ten serial. Drażnili mnie jego bohaterowie – ich słowa, reakcje i zachowania. To oczywiście dobrze dla mnie, ale istnienie sekt zasadza się na pewnych wabikach, których ja tu nie czułem. W zasadzie cały czas czekałem na jakiś bunt, przejrzenie na oczy, popukanie się w czoło. Tymczasem sekta „Niebo” trwała pomimo coraz bardziej radykalnych reguł życia wspólnoty, a nawet śmierci jej niektórych członków. Tomasz Kot w roli guru sekty – uzdrowiciela i głosiciela Słowa – Piotra (w realu był nim niejaki Kacmajor) jest jakimś nawiedzonym hipisem, a nie przywódcą religijnym. Scenarzysta serialu chciał zwrócić uwagę na aspekt silnych podziałów polityczno-społecznych. Partie mają często swoich wyznawców, a ich programy i przesłania są przede wszystkim wykluczające w stosunku do przeciwników. Piotr mówi wyraźnie, że nie ma życia poza Niebem. Wypala nawet na ziemi linię, za którą czeka piekło. Uzdrawia i rzuca choroby na opornych. Z czasem usprawiedliwia kradzieże i zakazuje kontaktów z lekarzami. Przy okazji robi za antysystemowca, antykapitalistę i krytyka kościoła katolickiego. Grunt dla jego działalności jest podatny. Polska początku lat 90. była dla wielu wykluczająca. Jeśli ktoś – tak jak główny bohater, Sebastian – odzyskiwał nagle zdrowie, dzięki cudownemu dotykowi Piotra, nie waha się porzucić zwyczajne życie. Tym bardziej, że w nowej grupie odnajduje też miłość. Jego wybranką jest dziewczyna, której rodzice wpadli w wir małego biznesu. Gdzieś w Polsce (tu na Pomorzu, oryginalnie na Lubelszczyźnie) wszystko wygląda jeszcze jak w poprzedniej epoce, za wyjątkiem targowisk i hurtowni. Można wreszcie zarabiać pieniądze, ale nie wszystkim się to udaje. Łatwiej stanąć z boku, oddać swój dobytek i życie wszechwiedzącemu Piotrowi. Sebastian nie podejmuje studiów, odcina się od matki, rezygnuje nawet z muzyki. Ponoć też ma dar uzdrawiania. Doprawdy trudno obserwować rosnące uzależnienie od Piotra, a potem problem z jego odrzuceniem. Ten serial mógłby być lepszy, ciekawszy, lepiej zagrany, zwyczajnie mądrzejszy. Tu wszyscy okazują się słabi. Nawet ksiądz zachowuje się jakby urażało go zagubienie Sebastiana. Jedyne co dobre z tego serialu wynika, to absolutna nieatrakcyjność życia w sekcie. O tym jednak dałoby się opowiedzieć w dwugodzinnym filmie, a nie potrzeba było serialu.