Nowa płyta Dry Cleaning jest tak samo mało ładna, jak jej okładka. Zespół zmierza ku coraz mniej przyjemnym brzmieniom, a melodii, których nigdy nie było wiele w twórczości kwartetu, tutaj prawie się nie uświadczy. Duży wpływ ma na to monotonny i deklamacyjny wokal Florence Shaw. Z jednej strony to najbardziej charakterystyczny element zespołu, ale też w pewnym stopniu jego obciążenie. Byłem na koncercie Dry Cleaning i coś co robi wrażenie przez pierwsze minuty, zaczyna nieco nużyc na dłuższą metę. „Secret Love” obiera zatem kurs na rozbudowanie podkładów i skręt w kierunku wczesnego Public Image Ltd. oraz The Fall. Wybrany na singiel, otwierający kawałek, trwający 6 minut dużo mówi o nowym kierunku. „Hit My Head All Day” pozbawiony jest jakiegokolwiek powabu. Po prostu trwa, posuwa się wolno do przodu i nie stara się czarować. Nie wykrzeszesz z niego więcej, niż jednego powtarzalnego motywu harmonijnego, mielonego w kółko. Łatwiej zaprzyjaźnić się z drugim singlem – „Cruise Ship Designer”. Jest tu jakiś szczątek melodii, pewna lekkość aranżacyjna i zwięzłość. Ten nastrój kontynuowany jest w „My Soul/Half Pint”. Przy prostych środkach i jakby lekko rozstrojonych gitarach (na jednej gra Jeff Tweedy z Wilco), kompozycja utrzymuje jednak swój rytm i żywy charakter. Florence nawet tu jakby trochę podśpiewuje. Jeszcze bardziej stara się w utworze tytułowym, w którym słyszymy też klawisze producentki płyty – Cate Le Bon. To zapewne najbardziej romantyczne nagranie na tym albumie. Kolejny singiel - "Let Me Grow and You'll See the Fruit" jest stosunkowo subtelny i niemal pogodny. Druga część płyty jest jakby zimniejsza. Są tu jednak intrygujące momenty, jak choćby w złowieszczym „Evil Evil Idiot” – jednym z dwóch nagrań zaaranżowanych przez członków Gilla Band. „Rocks” ma w sobie niemal punkową zadziorność. „I Need You” jest najbardziej mechaniczne na całej płycie. Życie wraca wraz z zamykającym singlem „Joy”. Trzecia płyta Dry Cleaning jest sensowną próbą nadania stylowi grupy nowego charakteru. Z uroku głosu Florence Shaw więcej się nie wyciśnie. To w tłach jest perspektywa. Mnie tu brakuje melodii i chwytliwości, ale niezależny rock rządzi się swoimi prawami – on tylko na początku tego wieku mamił nas przebojowymi płytami. „Secret Love” to bardziej powrót do ambitnych i mniej komercyjnych czasów post-punkowej fali z przełomu lat 70. i 80 ub. wieku.