Czytam książki Twardocha dopiero od czasów „Króla” (2016) i stąd byłem przekonany, że „Zimne wybrzeża” to jakaś nowość. Dopiero z posłowia zrozumiałem, że to jedno z wczesnych dzieł, wydane pierwotnie w 2009 roku – jeszcze przed sukcesem „Morfiny” (2012). Czytając tą polarną powieść znajdowałem odniesienia do „Króla”, „Pokory” i „Chołodu” – jak się okazuje były to jedynie zaczątki wątków, które potem Twardoch wspaniale rozwinął. „Zimne wybrzeża” to w zasadzie powieść szpiegowska, osadzona w realiach lat 50. XX wieku, dziejąca się na Spitsbergenie. Bohater o przybranym nazwisku Smith jest wysłannikiem zachodniej agencji wywiadowczej (tzw. Firmy ze Szwajcarii), by zbadać sytuację w stacjach polarnych, gdzie krzyżują się wpływy norweskie i radzieckie. Z racji częściowo polskich korzeni, podejmuje się wyjaśnienia zaginięcia polskiego polarnika. Tu tropy sięgają do przedwojennej Warszawy. Cała reszta intryg wynika już z zimnowojennych porządków. W polskiej stacji polarnej ścierają się naukowcy o różnych zapatrywaniach na historię najnowszą – większość ukrywa swoje prawdziwe losy. Wyjątkiem jest młody komunista, który wszystko zawdzięcza szansom, jakie dała mu ludowa ojczyzna. Sam bohater odsłania z wolna swoje losy, które okazują się mocno pogmatwane, jakkolwiek stawiające go jednoznacznie po stronie antykomunistów. Dużo w tej powieści pobocznych wątków, które bardzo ubarwiają główną fabułę. Dostajemy tu choćby opowieść sowieckiego polarnika o osadzie starowierców, którzy opuścili Rosję w XVIII wieku i osiedlili się na lodowym pustkowiu, starając się przetrwać i zaadaptować do nowych, skrajnie trudnych warunków. W świetle sporów o przynależność polityczną Spitsbergenu, co rozstrzygnięto dopiero na początku XX wieku, historia ta miała znaczenie dla radzieckich planów imperialnych. Fantastyczny wątek o długowiecznych, jest tu dodatkowym smaczkiem. Wiele tu też nawiązań do wojennych i powojennych losów, wikłających życiorysy w tragiczny konflikt zbrojny i wielką politykę. Historia odciska piętno na ludziach i samym bohaterze. Przeciwieństwem dla nich jest niezmienna surowość arktycznego świata. Z drugiej strony decyzje i działania poszczególnych osób są tu równie mało sentymentalne, jak bezwzględny i zimny jest polarny świat. Jest tu kilka mocnych fragmentów, które są niczym nagła lodowa rozpadlina. Gdybym nie znał późniejszych dzieł Twardocha, byłbym jeszcze bardziej zaskoczony tą pełną niuansów prozą.