Nowy serial z tzw. uniwersum „Gry o tron” jest niewątpliwie rzeczą lżejszego formatu, niż zasadnicze dzieło. Główny bohater – rycerz Duncan Wysoki jest nieco ofermowaty, jego mały przyjaciel Egg rozczula i wlewa ciepło do serca. Choć w tle nie brak krwawych zdarzeń, a i sam Duncan styka się z brutalną przemocą, to widzów czeka tu zdecydowanie mniej wstrząsów i potworności. Opowieść z pierwszego sezonu to w zasadzie poznanie się głównych bohaterów i ich udział w turnieju rycerskim. Duncan był giermkiem wędrownego rycerza, którego czas dobiegł końca, a teraz sam czuje się rycerzem, choć zbywa mu na majątku, rynsztunku i sprawności w walce. Jego atutami są czyste serce i fizyczna siła. O dziwo potrafi sobie zjednać sympatię, a nawet szacunek innych, co okazuje się kluczowe, gdy zostaje wyzwany na pojedynek przez młodego, nieprzyjemnego z charakteru księcia. Honorowe starcie siedmiu na siedmiu jest kluczowym elementem dramaturgii. Potyczka na kopie i maczugi przypomina niewątpliwie sceny z bitew znanych z „Gry o tron”. Generalnie akcja tego sezonu dzieje się tu jakiś wiek wcześniej, niż początek oryginalnej sagi. Nie ma tu smoków, „Innych”, magii, pięknych miast, ani wspaniałych zamków. To mały, prowincjonalny świat, jakby skrojony pod pozycję społeczną Duncana. Jego mały giermek okazuje się być kimś innym, niż można było odnieść wrażenie, ale tak, czy inaczej, to po prostu dobry dzieciak. Generalnie oglądając „Rycerza siedmiu królestw” czułem się trochę, jakbym oglądał średniowiecznego „Mandaloriana”, choć Duncan to prosty chłop, a nie wielki wojownik. Ten serial jest przede wszystkim pewnym odreagowaniem po ostatnim sezonie „Gry o tron” – a zarazem powrotem do bardziej sielankowych czasów. Zło i wielka przygoda dopiero czają się gdzieś w oddali.