„The Mountain” – Gorillaz

Kong, 27 lutego 2026

„The Mountain” – Gorillaz

Zawsze chętnie kupię nową płytę Gorillaz, bo z zasady podoba mi się gatunkowy eklektyzm tego zespołu. Lubię, jak na płycie dużo się dzieje, a projekt Albarna od początku wyróżniał się stylistyczną pomysłowością. Sam udział gości zapowiada różnego rodzaju „wycieczki” gatunkowe. W przypadku najnowszego wydawnictwa pojawiają się gwiazdy hip hopu, post punka i dalekowschodniej muzyki etnicznej. Album „The Mountain” jest efektem azjatyckiej podróży Albarna i Hewletta po stracie ojców. Oprawa graficzna jest niczym z „Księgi dżungli”, a wschodnie instrumenty towarzyszą nam od otwierającego kawałka tytułowego, w którym słyszymy choćby córkę słynnego Ravi Shankara. Wykorzystanie ścieżek dźwiękowych zmarłych artystów jak Dennis Hopper, Bobby Womack, Tony Allen, Mark E. Smith, czy David Jolicoeur z De La Soul, stanowi jak sądzę nieprzypadkowe nawiązanie do duchowego aspektu tej płyty. Niemniej muzyka na „The Mountain” nie jest jednowymiarowa w nastroju. Posłuchajcie choćby synth-popowego w duchu singla zrobionego ze Sparks („The Happy Dictator”) – powinien wprawić Was w dobry nastrój.  Kolejny singiel – The Hardest Thing jest jednak wyraźnie rozliczeniowy. Pogodniejszy motyw pojawia się dopiero w „Orange County” z tego samego singla, wydanego na początku roku. Udział Idles we wcześniejszym singlu The God of Lying” nie zmienia charakteru muzyki na punkowy. To klasyczny numer Gorillaz jedynie z wokalnym udziałem Talbota. Za to „Manifesto” ewidentnie skręca w kierunku latino za sprawą argentyńskiego gościa. Nieco elegijny charakter ma „Delirium” z pojawiającym się głosem zmarłego wokalisty The Fall, ale z czasem kawałek ten nabiera impetu i dynamizmu. To jeden z moich faworytów na tym wydawnictwie. Kolejne dwa nagrania przynoszą mocno wschodniego ducha - zarówno w warstwie instrumentalnej, jak i wokalnej. Można lubić taki klimat lub nie, ale na pewno nadaje on płycie wyjątkowego charakteru. W utworze „Casablanca” gościnnie grają Paul Simonon (The Clach) i Johnny Marr (The Smiths) – takie rzeczy dzieją się tylko na płytach Gorillaz. Całość kończy ładny, nieco sentymentalny utwór pod wymownym tytułem „The Sad God”. Stanowi on klamrę z początkiem albumu. Duch wschodu dominuje nad refleksjami towarzyszącymi tej płycie. Myślę, że to ciekawa rzecz i na pewno ważna dla samych autorów. Jako słuchacz mam do czego sięgać i w czym poszukiwać. Cóż, Gorillaz już jakiś czas temu urósł do pozycji godnej czegoś więcej, niż pobocznego projektu lidera Blur.

„The Mountain” – Gorillaz
Posłuchaj najnowszej listy przebojów
×