Kto stęsknił się za Archive, ten ma okazję nasycić się najnowszym albumem Brytyjczyków. Przygotowali materiał długi i stylistycznie bogaty. Od instrumentalnego wstępu przypominającego klasyczne nagrania Tangerine Dream, po znacznie ostrzejsze dźwięki z udziałem rapera. Twórczości Archive łatwo ulec. Jeśli ktoś lubi słuchać muzyki z zamkniętymi oczami lub zwyczajnie oddać się dźwiękowej podróży, ten znajdzie w tym zespole swoich faworytów. Szeroka paleta pomysłów, zróżnicowane tempa i wokale, a przy tym jednak pewna spójność artystyczna oparta na wyobraźni. Zespół odżegnuje się od art=rocka czy też rocka progresywnego, ale szuka nowych form wyrazu, które można uznać czasem za progresywne. W Polsce ich muzyka trafia na podatny grunt, raz z racji romantycznego ducha, a dwa – silną emocjonalność. W jednym z ostatnich wywiadów członkowie grupy wskazali na inspirację „Deserter’s Song” Mercury Rev, „Grace” Jeffa Buckley’a i „Animals” Pink Floyd. Faktycznie można znaleźć pewną zbieżność z duchem tych płyt i nastrojem jaki kreują. Generalnie muzyka na „Glass Minds” z jednej strony jest majestatyczna i w filmowy sposób ilustracyjna, a z drugiej jednak dość transowa i motoryczna. Do tej drugiej kategorii należy choćby singlowy utwór „Look at Us”. To czwarty numer na płycie - wcześniejsze trzy kompozycje raczej płyną i czarują. Dopiero w nim większą rolę odgrywają gitary i perkusja. To nośny i dynamiczny utwór, nieco w stylu Metric. Zespół uczciwie na drugi singiel wybrał znacznie spokojniejszy „City Walls”, bo jednak to ta kompozycja jest bliższa dominującemu stylowi nowej płyty. Puls przyspiesza znów w „The Love The Light”, ale po chwili wraca do majestatycznego metrum w „Shine Out Power”, utrzymanego w duchu późnego Pink Floyd. W aranżacjach przybyło na tej płycie instrumentów dętych, smyczkowych, a nawet organów Hammonda. Miało to rozjaśnić brzmienie, ale raczej przydało wzniosłości. Moim faworytem jest na „Glass Minds” „Heads Are Gonna Roll” – jedyny tak naprawdę utwór z nowym spojrzeniem. Przy czym nie trudno tu o skojarzenia z „Mezzanine” Massive Attack – niemniej wokalny udział Jimmy Collinsa jest ciekawym posunięciem. Dodam, że nie znam debiutanckiej płyty Archive, na podobieństwo z którą powołuje się sam zespół, mówiąc o tym w wywiadach. Najnowsze dzieło Keelera i spółki nie jest przełomowe, zaskakujące, ani szczególnie wybitne. Dostajemy album zgodny z oczekiwaniami fanów i utrzymujący niemal kultowy status grupy w naszym kraju. Mnie się go – jak zwykle - dobrze słucha. Co kilka lat mogę wracać do Archive i mieć przyjemność z obcowania z ich muzyką.