Ciekaw jestem kiedy Filip Szcześniak napisze powieść? Słuchając płyt Taco Hemingwaya widać wyraźnie skłonność do rozbudowanych narracji tematycznych. Układa kolejne krążki w słuchowiska lub – tak jak teraz – snuje opowieść o swoich bohaterach z perspektywy różnych postaci i momentów w czasie. Lekkość języka, porównań i spostrzeżeń są od dawna domeną Taco. Cieszę się natomiast, że na „Latarnie wszędzie dawno zgasły” nie ma pretensjonalnych nawijek, łączących poszczególne ścieżki, a jedynie stylowe sample z dawnych kronik filmowych i czarno-białych filmów. Nowa płyta, wypuszczona do sieci w grudniu ub. roku, a teraz wydana w wersji płytowo-kasetowej, to w zasadzie powrót do wątków z przełomowego albumu „Trójkąt warszawski” z 2014 roku. To znów rozkładanie na czynniki pierwsze związku narratora z niejaką „Rudą” i dram związanych z „tym trzecim”. W gruncie rzeczy, bez względu na wiek bohaterów, miłość, zazdrość i zdrada zawsze są istotne. Taco układa tę historię w nieco innej kolejności zdarzeń, niż numery tracków na płycie. Fani szybko posklejali jednak wątki i ułożyli je chronologicznie. Zdarzają się też kawałki niejako równoległe z „Trójkątem warszawskim”, pokazujące te same sytuacje z różnej perspektywy. Przy okazji słychać tu elementy związane z samotnością w wielkim mieście. Wraz z wiekiem swoboda singla rozgorycza i wyniszcza. Zgrabnie mówi o tym „Plac Trzech Krzyży” i to jest naprawdę dobre wejście w temat i muzyczny klimat nowej płyty. Utwór tytułowy to wylew goryczy związanej z życiem w Warszawie. Smutek zazdrości i samotności prowadzi „Pustoszeją sale kinowe”. Popowy walor oferują „Tramwaje”, sentymentalne, wzbogacone tęskną trąbką i głosem Andrzeja Zauchy. „Odtrutka” przypomina żale napitego gościa z pretensjami. Temat ten kontynuują „Trzy kropki”, wzbogacone o wątki sadzenia się z zazdrości. W „Fotomodelkach” słychać znów gorycz i poczucie straconego czasu. Głośny kawałek „Zakochałem się pod apteką” to jeden z najmocniejszych hitów Taco – szkoda, że powiązany z bzdurną aferą „farmaceutyczną”. To zarazem początek ostatniej części płyty, w której mocno zaznacza swój udział Livka. Jej głos to moim zdaniem najlepszy feat. w historii płyt Taco. Pierwszoplanową rolę odgrywa w nośnym „Bez stresu”, a potem wrzuca zaraźliwą melodię we „Frascati” – moim ulubionym numerze, utrzymanym w stylu ostatnich nagrań Brodki. W „Ratunku” pierwszy raz chyba wspomniany jest AI, a zarazem dostajemy frazę Kaliny Jędrusik z Kabaretu Starszych Panów. Płytę kończy dość nerwowy i pulsacyjny „Ostatni”. Nie ma happy endu. Taco wrzuca w tekst tytuły swoich wcześniejszych płyt. Coś się ewidentnie zamyka. Z kwestii edytorskich warto wspomnieć, że przy zamówieniach w pre-orderze wytwórnia dorzucała do płyty kasetę magnetofonową. Jeszcze jeden aspekt nostalgii. Zresztą stylistycznie całą płyta jest dość klasyczna, jakby i w tym względzie Taco wykonał pętlę z poprzednią dekadą. Wciąż za większość produkcji odpowiada Rumak – w paru przypadkach pojawili się też Zeppy Zep i Atutowy. Wyszedł z tego zarazem chyba najbardziej przebojowy materiał ze wszystkich.