Nagle, w jednym roku, amerykańska grupa Geese oraz jej lider – Cameron Winter, stali się ulubieńcami prasy muzycznej. Cameron wydał swój solowy album o przewrotnym tytule „Heavy Metal” niby w grudniu 2024, ale recenzje posypały się już w 2025 roku. Nowa muzyka zespołu zaczęła się pokazywać latem, album wyszedł jesienią, a końcówka roku to zbieranie laurów. Dopiero co wyszedł też materiał koncertowy, a Geese zdobył Brit Awards dla najlepszej grupy spoza UK. Dostępność dorobku Amerykanów na polskim rynku jest taka sobie. Przede wszystkim nie zachęcają ceny – choć akurat mój egzemplarz CD „Getting Killed” ma napis „Made in Poland”. Wcześniej udało mi się zdobyć ich album „Projector” w dobrej cenie i już po nim wiedziałem z czym Geese kojarzyć. Kwartet z Nowego Jorku bliżej ma do wrażliwości nowych angielskich zespołów szukających świeżych i ambitnych form wyrazu, niż amerykańskich, gitarowych tradycji. Mnie początek płyty kojarzy się z zapomnianym już Clap Your Hands Say Yeah. To akurat ich ziomale z Brooklynu. Z Ameryką kojarzyć się może też singlowa „Cobra”, utrzymana nieco w duchu Becka. To pogodny, półakustyczny numer. Następny utwór ma w sobie trochę z Toma Waitsa, a trochę z Violent Femmes. Spytacie pewnie, skąd zatem związek z angielską sceną? Chodzi mi przede wszystkim o otwartość na łączenie stylów i uciekanie od piosenek opartych na porządku: zwrotka-refren-zwrotka. Na „Getting Killed” dużo się dzieje, przy czym nikt nie katuje nas tu długimi, zawiłymi formami. Jest nerwowo, rytmy nie proste, głos się łamie i moduluje. Jednocześnie utwory są zwarte i konkretne. Czasem pojawia się w nich nieoczywista, południowa taneczność, jak choćby w nagraniu tytułowym. Ciekawą robotę wykonuje w kilku nagraniach gościnny puzon, który widzimy też na okładce (swoją drogą w drugiej ręce puzonista trzyma rewolwer, co jest intrygującym komentarzem do całej płyty). Kolejny singiel – „100 Horses” dobrze oddaje styl zespołu. Jest dość gęsto, intensywnie, patie instrumentalne jakoś do siebie nawiązują, choć nie koniecznie wprost. „Half Real” zaczyna się niczym remix „Venus in Furs” Velvetów, ale potem leci już po swojemu. Velvetowy jest też, jak dla mnie, wydany na ostatnim singlu "Au Pays du Cocaine". Ciekawy jest „Bow Down” z szarpaną gitarą i nietypowym rytmem. Nieco w stylu wczesnego Talking Heads. To jeden z moich ulubionych momentów płyty. Wydany na pierwszym singlu „Taxes” ma fajne rozwinięcie, nieco w stylu Modest Mouse. Sporo w tym nagraniu optymizmu i witalności. Album kończy, najdłuższy w tym zestawie "Long Island City Here I Come". Jemu chyba najbliżej do środowiska Black Midi, które miałem na myśli na początku tej recenzji, pisząc o pokrewieństwie z nowymi angielskimi zespołami. Geese nie jest zespołem do pokochania od pierwszego razu. Mnie on jednak zdecydowanie przekonuje. A im dłużej słucham płyt Nowojorczyków, tym więcej z nich do mnie dociera.