To ciekawe, że nową płytę Alexa G, nagraną dla RCA było mi trudniej kupić, niż wcześniejsze, wydawane w niezależnym Domino. Alex Giannascoli nagrywający jako Alex (Sandy) G, albo tylko Alex G, spodobał mi się pomimo braku oryginalności. Jego płyty są fajne, ale nigdy nie jest tak, że robią wielkie wrażenie, zaskakują, czy zapadają w pamięć. Nie potrafiłbym przywołać z pamięci żadnej piosenki tego artysty. Album „Headlights” nie zmieni tej sytuacji. Słucham go od miesiąca, podoba mi się, ale wciąż nie trafia na moją listę przebojów żaden z promujących album singli. To naprawdę ciekawe, bo piosenki Alexa są przyjemne i bynajmniej nie jakoś skomplikowane. Gitara, klawisz, wokal – do tego, tym razem różne smyczki. Alex G przez lata grał ze stałym zespołem. Jego stały skład słyszymy tylko w ostatnim, koncertowym utworze. Reszta jest w zasadzie półakustyczna. Rzadko słychać perkusję. Pierwszy raz pojawia się w singlowym kawałku „Afterlife”. Sporo w nim ducha americany i trad-rocka. W Stanach lubią takie granie, ja nieco do niego przywykłem, choć fanem nigdy nie byłem i pewnie nie zostanę. Mogę natomiast przyznać, że otwierający singiel „June Guitar” jest łatwy do polubienia. Alexa wspiera często drugim głosem żeńskie trio. Mnie bardziej podobają się bardziej dynamiczne nagrania, jak choćby krótkie „Spinning”. Aranż jest wciąż podobny, ale sposób grania ma w sobie pewien zapał, by nie powiedzieć impet. Album „Headlights” czerpiący z ducha lo-fi powinien trafić do nieco starszych słuchaczy, którym wystarczy tylko czasami dodać nieco decybeli. Kolejny żwawszy numer – „Bounce Boy” – jest znów bezpiecznie krótki. Ciekawy, dysonansowy i przypominający nieco klimat z „Pornography” The Cure jest utwór tytułowy – najdłuższy na płycie, trwający pięć minut. Warto jeszcze odnotować, że współproducentem płyty jest basista Unknown Mortal Orchestra. Pewnie odłożę te płytę na półkę obok wcześniejszych i nieprędko do niej wrócę. Odnaleziona za kilka lat, zabrzmi pewnie nie gorzej niż teraz. Pytanie, czy sięgnę po kolejne dzieła Alexa?