Płytę „Gala” angielskiej grupy Lush poznałem latem 1992 roku z pirackiej kasety firmy Takt. O nowej gwieździe w barwach 4AD czytałem już wcześniej w prasie. Byłem wówczas zaznajomiony z grupą Ride i nowym terminem „shoegaze”, jaki wymyślono na styl łączący głośne przesterowane gitary z delikatnym wokalem. Swoją drogą, to ciekawe, że ktoś postanowił zarobić pieniądze wypuszczając na polski rynek kasetę młodego zespołu, grającego mało radiową muzykę. Może to magia 4AD, a może po prostu znak szalonych czasów z początku lat 90. w naszym kraju? Album oryginalnie ukazał się pod koniec 1990 roku na rynkach japońskim i amerykańskim, a w UK tylko w limitowanym nakładzie. Tym bardziej docenić trzeba, że jakiś prywaciarz nad Wisłą wydał taką rzecz u nas. Moja przygoda z shoegaze’m trwała krótko, bo nie zostałem fanem My Bloody Valentine, którego „Loveless” przegrane na kasetę wydało mi się technicznie źle skopiowane. Nie sięgnąłem też po trzy płyty Lush wydane w latach 1992-1996. Ostatnią z nich „Lovelife” kupiłem wiele lat później z drugiej ręki w Malmo. Jednak wspomnienia z „Gali” zostały mi w pamięci na tyle mocno, że gdy 35 lat od pierwszego wydania, ukazało się jej zremasterowane wznowienie, postanowiłem je sobie kupić. Składanka obejmuje wydany w 1989 roku debiutancki miniLP „Scar”, dwie EP z 1990 roku „Mad Love” i „Sweetness & Light”, cover piosenki zespołu ABBA i remix nagrania „Scarlet”. Produkcją EP-ek zajęli się Robin Guthrie (Cocteau Twins) i Tim Friese-Greene (Talk Talk) co samo w sobie było ciekawe. Nagrania ze „Sweetness & Light” są zdecydowanie jaśniejsze i delikatniejsze i w tej mierze przypominają pastelowy charakter dwóch ostatnich płyt Talk Talk. „Mad Love” przenosi nas z kolei do czasów „Head Over Heels”, czyli gęstszego, ale i bardziej dynamicznego grania. Otwierający tę EP numer „De-Luxe” wyszedł zresztą w USA jako singiel promujący „Galę”. W takim graniu Lush przypomina nieco początki Throwing Muses. W „Leaves Me Cold” słychać wreszcie bas, na którym grał wtedy Steve Rippon, który rozstał się z Lush w 1992 roku. „Downer” to przykład falującej jak w My Bloody Valentine ściany gitar, a „Thoughtforms” najbardziej przypomina nagrania Cocteau Twins. Utwór ten znalazł się na „Mad Love” w nieco innej wersji, niż wcześniej na „Scar”. Ten debiutancki minialbum był wspólnych dziełem gitarzystek, podczas gdy późniejsze EP skomponowała samodzielnie Emma Anderson, zostawiając Miki Berenyi rolę głównej wokalistki. Wersja „Thoughtforms” wyprodukowana przez Johna Fryer’a jest bardziej płaska. Podobnie ma się sprawa z pierwszą wersją „Scarlet”. Utwór „Second Sight” kojarzy mi się momentami z Cranes i jest jednym z najciekawszych nagrań na płycie. Pod względem melodycznym w pamięć zapada zdecydowanie „Etherel”. To naprawdę niezwykle urokliwy kawałek. Cover „Hey Hey Helen” – piosenki z 1975 roku wypada niczym kompozycja własna Lush. Dłuższa wersja „Scarlet”, wyprodukowana przez Robina Guthrie jest moim zdaniem lepsza od oryginalnej, ale też „jaśniejsza” (jakby z czasów „Victorialand”). Pitchfork umieścił „Galę” w top 10 najlepszych płyt shoegaze’owych wszechczasów. Wcale się temu nie dziwię. Ta płyta wciąż się broni, nie tylko w swoim gatunku.