Ten debiut węgierskiego laureata Nagrody Nobla ukazał się w 1985 roku i warto tę datę mieć w pamięci, sięgając po lekturę „Szatańskiego tanga”. Świat opisany przez Krasznohorkaia jest przesycony pleśnią, zgnilizną i moralnym upadkiem, co w tamtych czasach było wymownym manifestem. Osada będąca miejscem akcji jest żywą ruiną, zamieszkała przez zdegenerowanych mieszkańców. Ich życie sprowadza się do nudy, wegetacji i pijaństwa. Czasem też do innych bezeceństw. Postępujący marazm sprawia, że opisane grono ludzi jest w stanie chwycić się każdej nadziei na odmianę swego losu. W ten sposób dawno niewidziany sąsiad, który niespodziewanie powraca do osady, mogą wziąć za wspaniałego wybawiciela. Cóż, ze wszyscy uważali go jakiś czas temu za zmarłego. Drugim kulminacyjnym momentem tej powieści jest śmierć dziecka. Los małej dziewczynki, oszukanej przez starszego brata i odrzuconej przez wszystkich, jest najboleśniejszym fragmentem książki. Gdy większość mieszkańców osady postanawia opuścić swoje domostwa, by szukać nowej „Ziemi Obiecanej” za głosem swego „zmartwychwstałego” przywódcy, objawia się pełen wymiar absurdu. Wędrówka z tobołami przez pola, noc w zniszczonych pozostałościach pałacu, a potem podróż pędzącą szaleńczo ciężarówką, przypomina istny statek głupców. Resztki chuci, pijaństwo i beznadzieja, pchają towarzystwo naprzód. Narracja przeskakuje pomiędzy różnymi osobami. Powieść ulega tez swoistemu zapętleniu. Język czasem się skleja w trudno zrozumiałe wyrazy. Z pewnością nie jest to proza łatwa w odbiorze. Opisy scenerii przeważają często nad opisami wydarzeń. Zmieniają się główne postacie, a akcja postępuje wolno, niczym w sennym koszmarze. Nie brak tu scen dwuznacznych i nie do końca zrozumiałych – jak choćby widok lewitującego ciała dziewczynki, które niektórym wygodniej postrzegać jako obłok mgły. Zabawne są prace językowe urzędników nad raportem opisującym poszczególne osoby tego dziwnego dramatu i próby szukania jakiejś służbowej poprawności. Laszlo Krasznohorkai wydaje mi się teraz ciekawszym pisarzem, niż myślałem po lekturze „A świat trwa”, ale na pewno nie umieszczę go wśród swoich ulubieńców. Zbyt często gubię się w tej prozie i tracę sytuacyjny kontekst. W tę prozę trzeba się wgryźć i wejść w jej świat narracji. Przyjemnie się od tego nie robi, ale wrażenie narasta do znaczących rozmiarów. Sugestywność opisów jest najwyższej jakości.