Złote Palmy, Oskary i Złote Globy – te laury spadły na najnowsze dzieło brazylijskiego reżysera, który wrócił na ekrany po kilku latach z filmem „Tajny agent”. Dla mnie jego dzieło jest świeże i zaskakujące. Tytuł sugeruje kino szpiegowskie, tymczasem główny bohater, którego już w pierwszych minutach sprawdza lokalna policja, okazuje się być owdowiałym naukowcem, który jedzie odebrać synka od dziadków. Mamy rok 1977. W Brazylii trwa karnawał, który pociąga za sobą paradoksalnie śmiertelne ofiary. Mamy też czasy nieciekawych rządów i korupcji (tu znów w pierwszej scenie widzimy leżące zwłoki zastrzelonego człowieka przy stacji benzynowej i próbę wyłudzenia korzyści majątkowej przez policjanta). Bohater trafia do mieszkania, wynajmowanego przez starszą panią, która wspiera różne osoby „po przejściach”. Widz cały czas ma wrażenie, że jest on uczestnikiem jakiegoś spisku. Dostaje posadę w placówce, która prowadzi archiwum akt osobowych, ale gdy trzeba zamienia się w miejsce przesłuchań sądowych. W tle widzimy działania płatnych morderców, którzy pozbywają się ciał swoich ofiar. Pojawia się także temat rekina, w którego brzuchu znaleziono czyjąś nogę. Warto dodać, że jest to czas, gdy w kinach grane sią „Szczęki”. O zobaczeniu tego filmu marzy syn bohatera, jednak dziadek, który prowadzi miejscowe kino, nie chce narażać chłopca, któremu brakuje ładnych paru lat do legalnego udziału w seansie. Ten film ma zresztą kilka takich dwoistości. Bohater ma dwa imiona. Śledzimy relacje ojca i syna – i to w trzech wydaniach. Na akcję patrzymy z dwóch perspektyw czasowych – także współczesnej, w której młode kobiety przesłuchują taśm z 1977 roku. Mamy dwóch płatnych zabójców i dwóch ludzi, którzy mają zastrzelić „tajnego agenta”. Nawet kotek w mieszkaniu starszej pani ma dwa pyszczki. Główny aktor wciela się także w dwie role. Dostajemy dodatkowo tajemnicze wątki z niemieckim Żydem postrzelonym (oczywiście) dwukrotnie w czasie wojny i „Włochatą nogą”, która napada na zwolenników „parkowej” miłości w stylu godnym skeczów Monty Pythona. Ten film czasem porusza nostalgiczne nuty z końca lat 70. a zarazem przywołuje grozę nie mniejszą niż „Szczeki” czy cytowana scena z horroru „Omen”. Wiele tu smaczków i uroków kina. Nie brak również świetnych postaci. W gruncie rzeczy po obejrzeniu tego filmu, obok poczucia dobrze spędzonego czasu (ponad 2,5 godziny), doznałem odrobiny konsternacji – bo o czym w gruncie rzeczy jest „Tajny agent”!?