Nowa odsłona serialu kryminalnego „Kasztanowy ludzik” podobała mi się mniej, niż pierwsza. Matka licealistki, nauczycielka w szkole średniej, przez dwa lata nie może pogodzić się ze śmiercią córki. Gdy dochodzi do kolejnego morderstwa, kobieta liczy, że policja przypomni sobie o jej tragedii, tym bardziej, że ktoś skojarzył obydwa przypadki. Sprawę prowadzi miejscowa policjantka, której pomóc ma gość z Europolu – w istocie jej dawny partner w życiu prywatnym. Muszą poradzić sobie nie tylko z trudnym śledztwem, ale i z własnymi relacjami, których owocem jest nastoletnia córka. Morderca zbliża się do ofiar, wysyłając im zdjęcia, filmiki i nagrywając dziecięcą wyliczankę z zabawy w chowanego. Jego działania dyktowane są swoistym samosądem nad osobami, które doprowadzają do rozpadu rodzin. Symbolem jest tu kukułka, która jako pisklę wyrzuca z gniazda inne jajka, by pozbyć się konkurencji do jedzenia. Akcja samego śledztwa to zatem jedno, a problemy rodzinne poszczególnych bohaterów - drugie. Trudno powiedzieć, co jest tu najważniejsze i na czym skupiać uwagę. Generalnie wielość kluczowych wątków osłabia nieco siłę rażenia samej intrygi kryminalnej. Do tego podsuwane są też mylne tropy, by zagadka była trudniejsza do rozwiązania. Dostajemy także nieporozumienia w samym komisariacie. Rozstrzygnięcie jest nieco zaskakujące, ale do przyjęcia. Można zastanawiać się jedynie nad wątkiem straszenia pani policjant, prowadzącej śledztwo, co sugeruje, że sama była winna rozpadowi związku z partnerem. Można wszak wnioskować, że wina nie leżała po jej stronie, ale pewnie takie podejście lepiej pasowało do podkręcenia emocji w scenariuszu. W skandynawskich kryminałach ważną rolę odgrywa często natura – tu też to jest, ale w mniej spektakularnym wymiarze. Serial można oczywiście zobaczyć, ale polecać go nie będę.