"Dźwięczność" - Voo Voo

E-muzyka, 3 kwietnia 2026

Voo Voo to zespół, który kocha muzykę i cieszy się graniem. Kolejne płyty są osobistymi reakcjami na otaczający muzyków świat dźwięków i spokojną refleksją nad codziennością. Twórczość Waglewskiego jest z jednej strony elegancka, a z drugiej niespokojna i poszukująca. Co jakiś czas Voo Voo wydaje materiał, który w jakimś stopniu zaskakuje. „Dźwięczność” z pewnością zalicza się do takich płyt. Otwierające „Bujam się” przypomina koktajlowy jazz (ten ciepły nastrój i wibrafon), w który Waglewski wkłada swój balladowy song o starości. To jedna z przyjemniejszych kompozycji Voo Voo od lat. Można się nią cieszyć jeszcze dwukrotnie, na zakończenie płyty. Wersja „Zuchy Dub” zawiera te charakterystyczne dla dubu pogłosy, a wersja „Schmoltz w niewiedzy zaczyna remix” prezentuje bardziej klubowe podejście. Fajny ten pomysł z dodatkowymi miksami na końcu płyty – skoro nie wychodzą już na płytach single, to przynajmniej dostaje się taki bonus na zakończenie albumu. To zarazem wyraz otwartości gatunkowej zespołu, który się mentalnie nie starzeje. Naprawdę duży plus za takie podejście. Kto by przypuszczał, że Voo Voo może mieć parkietowy powab? Wracając do zasadniczej części płyty – jako drugi pojawia się raźny „W niebycie”. W tym przypadku trudno nie poznać, że to numer Voo Voo. Ciekawostką jest tu damski chórek w stylu Alibabek. Piosenka jest m.in. o zachwycie nad życiem jeżyków, które, choć w ciągłym locie, jest jakoś lepsze od naszego życia „do niczego”. Piosenka nagrana z Darią ze Śląska jest z kolei nieco rzewna i mnie akurat mniej przypadła do gustu. „Czekam” bardziej rusza i ma wpadającą w ucho partię saksofonu. Zaskakującym nagraniem jest „Każdego dnia”, choćby z racji wstawki rapera (Antar Jackson), który nawija po angielsku. Chórki damskie też nadają temu utworowi jakiś taki amerykański charakter. Zgrabnie wypada kawałek „Ulatam”, który mógłby być singlem, gdyby nie jego rozwinięcie. Najpierw podkręca go rytmiczne klaskanie, potem ma solo zagrane na perkusji organicznej, a na końcu gitarę, jak w King Crimson z lat 80. „Dina ta” to jedyna na tej płycie kompozycja Mateusza Pospieszalskiego i zarazem kolejny etniczny motyw jego autorstwa w stylu „Łobi jabi”. „Jestem” przypomina czasy albumu „Wszyscy muzycy to wojownicy”. Robotę robi w nim klarnet basowy i ciężkie jak na Voo Voo gitary. Tytułowa „Dźwięczność”, zamykająca płytę, prezentowana jest w dwóch wersjach. Nostalgiczna podstawowa - z udziałem wokalnym Sumitry Suwannarit (sopran) - jest naprawdę wzruszająca. Może nie jestem miłośnikiem takich gitarowych, zaangażowanych solówek w stylu Gary Moore’a, ale niech tam. Bardziej leży mi w tym przypadku wersja „Pejzaż remiks” z części dodatkowej. Już bez gościnnego wokalu, ale ciekawie zanurzona w klawiszowych efektach i pogłosach. To dla mnie naprawdę istotne, że w muzyce Voo Voo wciąż można poszperać, dać się czymś zaskoczyć, czy zostać ujętym. Ja wiem, że to już enta płyta Waglewskiego i spółki, ale ta twórczość ma wciąż sens i nie zawodzi.      

Posłuchaj najnowszej listy przebojów
×