Ostatni sezon „Euforii” zebrał najgorsze recenzje i wzbudził najwięcej kontrowersji. Moim zdaniem wystarczy odciąć grubą kreską ten sezon od dwóch wcześniejszych, a zwłaszcza odcinków specjalnych, by uzyskać inną perspektywę i czerpać satysfakcję z tego finału. Dla mnie to bardzo „starotestamentowy” sezon. Grzechy zostają ukarane, nie ma przebaczenia ani miłosierdzia. Jest surowa sprawiedliwość. Rue z narkomanki stała się dilerką. Jules została luksusową utrzymanką. Maddy robi w branży filmowej, ale w gruncie rzeczy wie, że kasa jest za seks. Cassie chce być bogata, ale lubi epatować swoją seksualnością i robi filmiki na OnlyFans. Nate działa na rynku deweloperskim, ale ma pecha i musi kręcić. W tle dostajemy dwa gangi narkotykowe. Jeden z nich – kierowany przez Alamo – zarabia też na dziewczynach. Rue współpracuje z jednym i drugim, a w pewnym momencie także z policją. Jej życiową rolą jest kłamanie w żywe oczy i fartowne wychodzenie z opresji. Dawne szkolne relacje właściwie się tu nie liczą. Licealne koleżanki spotykają się w zasadzie tylko przez chwilę na ślubie Cassie i Nate’a. Potem ich relacje wiedzione są bardziej okazją, biznesem, niż sentymentem. Cassie kocha Nate’a, ale nade wszystko nie chce być biedna. Jules i Rue mają swoje chwile, ale nie pasują już do siebie – poszły różnymi ścieżkami. Dawne uczucia są tylko ich cieniem. Historia toczy się w stylu czarnej komedii. Nie brak tu śmiałych przerysowań – zwłaszcza w odniesieniu do roli Cassie, która w pewnym momencie staje się seksualną Godżillą. Nie ma litości dla Nate’a, któremu wszystko się sypie, a oczekiwany ratunek okazuje się boleśnie zdradliwy – swoją drogą rzadko zdarza mi się, że nie mogę usiedzieć przy jakiejś scenie, a tu raz tak miałem. Dzieciaki z liceum, które chciały być dorosłe, próbują teraz tej dorosłości i generalnie spotykają ich same rozczarowania. Chęć zarobienia dużych pieniędzy, odniesienia sukcesu, zyskania uznania, czy sławy – okazują się o wiele trudniejsze, niż obiecywał to kiedyś „amerykański sen”. Każdy krok w stronę marzeń, pociąga za sobą wysoką cenę. Rue, która z irytującej, niepoprawnej nastolatki, staje się „spoko” dziewczyną, w gruncie rzeczy bardzo się miota. Próbuje ratunku w Biblii, o której wspomniał jej Ali w odcinku specjalnym. Wydaje jej się, że jest już blisko Boga. Zasiewa nawet dobre ziarenko, zostawiając Biblię u koleżanki – Lexi. Serial kończy nawet modlitwa i słowo „Amen”, co może szokować w zderzeniu z odcinkami, w których Cassie kręci swoje wymyślne filmiki, a widz ogląda nieprzyjemne sceny w klubie Alamo. Nie brak w tym sezonie scen rodem z Tarantino, a nawet postaci są jakby żywcem wyjętych z jego filmów (Bishop, czy Faye). Mnie się ta cała konwencja podobała i uważam, że trzeci sezon zgrabnie i sensownie kończy cały serial. Życie to nie bajka, a zło to zło.