"Dzień objawienia" - reż. Steven Spielberg

USA, 10 czerwca 2026

Kiedyś to się chodziło na Spielberga obowiązkowo. Moje kino „Sybilla” pękało w szwach. Teraz na sobotni seans o 17:30, w pogodowo przeciętny weekend, przyszło kilkudziesięciu widzów. Wiedziałem, że „Dzień objawienia” będzie znów o UFO. Po „Bliskich spotkaniach trzeciego stopnia” miałem jeden z najwspanialszych snów w życiu, z lądowaniem wielkiego spodka nad przedszkolem nr 18. Tymczasem ten film zaczął się od wrestlingu. Szczytu amerykańskiego kiczu i odmóżdżenia. Ale na widowni tego wątpliwego widowiska zaczyna się prawdziwa akcja. Niewinnie wyglądający młody mężczyzna otoczony jest agentami, którzy chcą odzyskać jakieś pliki, czy urządzenia. Doktor Daniel Kellner (Josh O’Connor) zgodzi się na wiele, byle tylko uwolnili jego dziewczynę Jane (Eve Hewson). Kto by przypuszczał, że chodzi tu o największe sekrety Ameryki! Od razu przyznam, że kiepskim pomysłem jest sugerować, że tylko Ameryka ma wiedzę i dokumenty, a reszta świata jakby nie. Cały film jest walką tych, którzy chcą utrzymać wiedzę w tajemnicy i tych, którzy uważają, że prawdę powinien poznać cały świat. Ciekawym pomysłem jest obdarzenie telewizyjnej prezenterki pogody w lokalnej telewizji, językiem kosmitów. Margaret (Emily Blunt) szuka swojego miejsca na ziemi i nagle coś w niej się otwiera. Zaczyna mówić innymi językami, jej wzrok otwiera ludzkie dusze. Wiadomo, że coś się dzieje. Nowe, nieznane technologie pozwalają agentom śledzić zdrajców, którzy postanowili wykraść skrywane od 79 lat sekrety. Akcja jest zasadniczo wartka i wiele rzeczy udaje się bohaterom na styk. Doktor Kellner wtajemnicza swoją dziewczynę w cel akcji. Ta jednak musi zmierzyć się z własnym sumieniem dawnej zakonnicy, czy prawda o świecie jest zgodna z Bożym planem. Spielberg od lat kreuje świat dobra, nadziei i przebaczenia. Państwo bywa złe, ludzie są zasadniczo szlachetni. W „Dniu objawienia” ludzkość znów się jednoczy. Przekazy o wojnach i innych konfliktach, w jednej chwili przegrywają z transmisją o tytułowym objawieniu prawdy. To spektakularne i wzruszające, ale jednak nieprawdziwe i bardzo iluzoryczne. Ja przez chwilę poczułem się dawnym fanem Spielberga. Dałem mu się zaczarować i wyszedłem z kina w ciszy, zerkając na morwy, które tak jak w czasach dzieciństwa rosną wciąż przed kinem. Lepiej tego filmu nie rozkładać na czynniki. Trzeba mu ulec tak jak „E.T.” i „Bliskim spotkaniom”. Liczy się empatia

Posłuchaj najnowszej listy przebojów
×