Wstyd przyznać, ale nigdy nie byłem na koncercie No Means No, choć słuchałem ich od 1990 roku i miałem dostęp do kolejnych płyt. Na podobnej zasadzie nie widziałem też Hanson Brothers, ani żadnego innego z projektów braci Wright. Teraz przyjechałem na czwartkową edycję „Innych Brzmien” wyłącznie dla Dead Bob. Zespół założony przez Johna Wright’a – 64-letniego perkusistę i wokalistę No Means No to w istocie kanadyjska supergrupa, w której występuje m.in. Ford Pier znany z innej słynnej grupy D.O.A. (tu na klawiszach, dęciaku i wokalu). Dead Bob to w porównaniu z No Means No rozbudowany skład do pięciu osób, a w instrumentarium są dodatkowo właśnie dęciaki i klawisze. Jest także pierwiastek kobiecy – Kristy Lee Audette (z grupy Rong) sięga po „blaszaka”, ale gra też na gitarze i śpiewa (czasem krzyczy). Składu dopełniają Byron Slack na gitarze i Colin MacRae na basie (obaj także śpiewają). Moc tego kolektywu jest równie powalająca co legendarnej kapeli Johna, za to spektrum artystycznego wyrazu nieco szersze. Kto zna No Means No bez trudu rozpozna charakterystyczne brzmienie sekcji rytmicznej, sceniczny power i specyficzne podziały rytmiczne, wynikające z jazzowego chwytu pałeczek stosowanego przez Johna. Dead Bob ma na koncie dwa albumy: „Life Like” (2024) i tegoroczny „Nothing Changes Everything” wydany w Polsce przez Antenę Krzyku (John wspominał w trakcie koncertu z wdzięcznością długoletnią przyjaźń z Arkiem Marczyńskim - szefem Anteny). Niektóre kawałki Dead Bob powstały jeszcze w czasach No Means No, ale zespół wraca także na koncertach do repertuaru samej grupy. W Lublinie stało się to bodajże tylko raz – mniej więcej w środku występu John zapowiedział cofniecie się o 35 lat do czasów „0+2=1” (wykonali z niego rozbudowany numer „Ghost”). Nie miałem osłuchanego materiału Dead Bob – pierwszej płyty posłuchałem ze dwa razy rok temu, nową kupiłem dopiero w trakcie koncertu. Zagrali na pewno utwory tytułowe z obydwu płyt i generalnie sporo z płyty „Nothing Changes Everything” (m.in. „Punk Rock-A-Rama” i świetne „No Fun” z czasów No Means No). Było głośno, konkretnie, motorycznie ale niebanalnie. Świetnie korespondowały instrumenty dęte (bardzo spodobał mi się kawałek poświęcony saksofonom). Ford Pier tryskał energią, nawet gdy nie grał. Imponować mogły wyskoki Byrona Slacka. John to oczywiście gra na pełnym gazie plus dobra konferansjerka. Zespół korzystał na swojej wielogłosowości. Potrafili postawić nawet na moc tych swoich pięciu gardeł, niczym w chórze cerkiewnym. W tle wyświetlał się rysunek z okładki najnowszej płyty. John i Byron mieli na sobie firmowe, żółte koszulki z legendarnym napisem „You Kill Me”. Były dwa bisy i generalnie serdeczne przyjęcie oraz interakcje. Naprawdę poczułem się usatysfakcjonowany tym setem – niczego więcej tego dnie nie było mi potrzeba.