Therapy? wydawał mi się bardzo obiecującym zespołem na początku lat 90. Oglądałem go w programie „120 Minutes”, śledziłem recenzje, ale jakoś płyt nie kupowałem. Potem wręcz się do Irlandczyków zraziłem. Wydali mi się zespołem podobnym do Foo Fighters, że niby fajny, ale jakoś nie do końca. Lata mijały, Therapy? wypadło z pierwszej ligi światowego noise’u, a ja wciąż nie sięgałem po jego płyty. Niemniej na koncert czekałem z ciekawością, choć w zasadzie nie znając w ogóle repertuaru tria. Irlandczycy wyszli na scenę ubrani na czarno, mając za plecami oszczędną scenografię. Szybko przystąpili do przełamywania lodów. Dla takich jak ja, już na drugi kawałek wybrali cover Joy Division – „Isolation”. Andy Cairns podkreślał od początku swoją Irlandzkość. Zapowiadając kolejne numery, uderzył najpierw w Brytyjski Rząd, a następnie w Donalda Trumpa. Dla równowagi utwór „Die Laughing” zadedykował zmarłym irlandzkim artystom: Shane’owi MacGowanowi i Sinead O’Connor. Dopóki słuchałem zespołu z leżaka, nie czułem, że to grupa noise’owa, ale gdy zbliżyłem się do sceny, hałas uderzył we mnie aż nieprzyjemnie. Zespół leciał hitami (jak sądzę z reakcji widzów). Był „Nowhere”, który mam na jednej ze składanek, „Loose” i parę innych. Patrzyłem na Andy;ego i liczyłem mu lata. W sumie szacunek, że robi to co robił od końca lat 80. Z wiernym basistą – Michaelem KcKeeganem u boku i perkusistą Neilem Cooperem za plecami. Było głośno, z pasją, wieloma podziękowaniami dla polskiej publiczności. Doceniłem te starania i oddaną energię, ale nie poczułem tego czegoś, co sprawiłoby, że uznałbym ten koncert za wyjątkowy. W ani jednym momencie nie poczułem, że ta muzyka mnie niesie, albo jakoś porusza. Było mocno, głośno, szczerze, ale mnie czegoś zabrakło, co udało się wcześniej tchnąć ze sceny Tramhaus, a nawet Only Mess.