No Means No było dla mnie jednym z najważniejszych zespołów na początku lat 90. Oni i Fugazi. To te dwa zespoły otworzyły mi bramy amerykańskiego hard core’a – jakkolwiek ani jedni, ani drudzy nie byli klasycznymi przedstawicielami tego gatunku. Kanadyjczycy pokazali mi prawdziwą potęgę i energię muzyki punk, a przy tym technicznie przebili wszystko co wcześniej słyszałem w brytyjskiej wersji gatunku. Ich płyty dawały kopa, a zarazem spalały. Potężny bas, perkusja i wokale. Do tego gitara, która nie grała żadnych bluesowych akordów. No Means No zawsze byli trochę obok i do końca zachowali rozpoznawalny styl. Nie słuchałem ich rozrywkowej wersji jako Hanson Brothers. Gdy przyszła pora na projekt Johna – Dead Bob, podszedłem do niego z dystansem. Uznałem, że coś się skończyło, a teraz to będzie piąta woda po kisielu. Tak się w dodatku złożyło, że debiutancką płytę Dead Bob „Life Like” (2024) kolega pożyczył mi razem z koncertem No Means No i dwiema płytami The Ex. W tym zestawie nowa grupa perkusisty No Means No nie zrobiła na mnie specjalnego wrażenia. Nie była zła, ale też nie bardzo miałem potrzebę wgryzania się w nią. Dopiero koncert Dead Bob na „Innych Brzmieniach” pokazał mi o co chodzi w tym nowym projekcie. Dead Bob to supergrupa, której członkowie wnoszą do zespołu różne elementy. Do rdzenia jakim jest punk-rock dochodzą elementy zdecydowanie wykraczające poza ten gatunek – głównie za sprawą dwóch instrumentów dętych, organów, partii damskiego wokalu (Kristy De Audette znana z grupy Rong), a nawet partii skrzypiec (w utworze „Save Me From Myself”). W wydanym w tym roku albumie „Nothing Changes Everything” mamy klamrę w postaci dwóch utworów braci Wright. Środek to kompozycja Johna, w jednym przypadku z udziałem kolegi z D.O.A. (Ford Pier). O ile No Means No grali mocno i intensywnie, to Dead Bob dokłada do tego jeszcze rozbudowane środki wyrazu. Pięć głosów do wykorzystanie także robi różnicę. „Centre of the Universe” ucieszy na pewno dawnych fanów kanadyjskiego tria. Imponująca gra perkusji, mocny wokal Johna na pierwszym planie i wycinający bas. Zaraz po nim wchodzi szybki i nośny „Punk Rock-a-Rama”, nawiązujący do stylistyki Hanson Brothers – nawet z charakterystycznymi dla Ramones zawołaniami w tle. Utwór tytułowy pokazuje czym jest dołożenie trąbki – mnie się tu trochę przypomina brzmienie Armii z płyty „Freak”. Po tak mocnym otwarciu wchodzi „Save Me From Myself” – rzecz z zupełnie innej bajki. Gościnnie na wokalu udziela się tu Selina Martin, a na skrzypcach John Kastelic. Utwór przypomina bardziej eksperymenty nowej fali z przełomu lat 70. i 80. gdy do głosu zaczęto dopuszczać klawisze. Jest w tym jakiś duch Devo. Zaskakujące perkusjonalia otwierają „Hard Is Hard”, które niesie potem fajny gitarowy riff, który znów kojarzy mi się z grą nieodżałowanego Roberta Brylewskiego. Przechodzi on płynnie w „It’s Hard To Care”, który kolejny raz pokazuje potencjał łączenia stylów. Do twardego rockowego trzonu dochodzą ciekawe ozdobniki instrumentów dętych, ale też elektroniczno-perkusyjne wstawki rodem ze space-rocka. Takie jest również przejście w postaci instrumentalnej kompozycji „The Present”. Całość wieńczy singlowy „No Fun” w nieco innym miksie, niż na małej płycie – kawałek autorstwa braci Wright, mocny, gitarowy, choć z momentami elektronicznych odlotów w tle. Ten album nasyca i angażuje. Imponuje kondycją wykonawczą i muzyczną formą. Duch No Means No jest wciąż żywy.