Druga płyta puławsko-otwockiego zespołu Penthouse nie przynosi wielu zmian w stosunku do debiutu, ale to i dobrze. Grupa, jak na krajowe realia, zachowuje oryginalny styl, w którym krzyżują klimaty z twórczości Lany Del Rey z barowym mrokiem Gallon Drunk i atmosferą soudtracków do Twin Peaks. Większą rolę odgrywają tym razem wokale sióstr Gąsiorowskich (Magdalena zmieniła w tym czasie stan i nazwisko) i wcale się nie dziwię, bo słychać jak ciekawie rozwinęły się ich głosy. Już otwierający singiel „New Moon (No. 2)” to zmysłowo-omdlewające wokale dziewczyn i chwytliwy motyw przewodni. Jack Saint robi tu niejako w chórkach. Sytuacja powtarza się w świetnym „Theme for Wayfarer”. Zmienił się także klawiszowiec, co momentami dodaje kilku nowych barw (choćby w takim „September’s When I Miss You”). To właśnie brzmienie klawiszy sprawia, że niektórzy wrzucają muzykę Penthouse do szuflady z retro-rockiem. Pewnie mógłby ich produkować Danger Mouse, ale skład radzi sobie dobrze także po swojemu. Ich muzyka jest na pewno bardziej amerykańska, niż brytyjska. Również oprawa graficzna przywołuje peryferyjne Stany Zjednoczone w technicolorze. Fajnie, że czasem pojawia się tu też dęciak, jak np. w bardzo udanym „Conned by A Blue Sky”, czy w równie przekonującym „Song of a Desert Sand”. Na drugi singiel zespół wybrał utwór „Gimmie Teeth” – niezły, ale moim zdaniem nie tak przebojowy, jak choćby wspomniany wcześniej „Theme for Wayfarer”. W ucho szybciej wpada też refren „Kansas City Moon”, ale całość tego kawałka nie jest już tak dobra. Zespół Penthouse zbiera dobre recenzje i generalnie zwraca na siebie uwagę. Koncertował ostatnio z Izzy and The Black Trees, ale przydałoby mu się przebić na jakieś letnie festiwale. Na pewno by na tym zyskali, bo ich muzyka bez trudu by się obroniła – zwłaszcza o tej porze roku, w której zaklętych jest wiele ich nut i obrazów. Trzymam kciuki za ciąg dalszy.