Debiut The Strokes w 2001 roku to było coś. Świetna okładka, analogowe brzmienie, urzekające melodie. Tak zaczęła się „nowa rockowa rewolucja”. Amerykańskie wydanie miało inna okładkę i inny skład numerów, bo po zamachu na WTC usunięto kawałek „NYC Cops” niepochlebnie wyrażający się o stróżach prawa z Nowego Jorku. Wydany dwa lata później „Room On Fire” też był dobry, ale potem zaczęły się schody. Grupa zaczęła robić sobie przerwy w pracy i próbować solowych karier. Niby kolejne płyty trafiały do TOP 10 Billboardu, ale krytycy zaczęli kręcić nosami, a The Strokes stali się z czasem epigonami własnego stylu. „Reality Awaits” ukazuje się znów po dłuższej, 6-letniej przerwie. Okładkę zdobi kowboj na koniu, co – przyznam – wzbudziło mój niepokój. Drugim sygnałem ostrzegawczym była informacja o użyciu auto-tune’a. Wokal Juliana Casablancas’a zawsze był atutem grupy – po co psuć to, co dobre? Single: „Going Shopping” i „Falling out of Love” poradziły sobie jako tako. Cała płyta dotarła jednak w Ameryce tylko do 13 miejsca listy Billboard 200. Recenzje także ma średnie. Zespół na pewno stara się dać słuchaczom coś odmiennego. Choć producentem płyty znów został Rick Rubin, to płyta brzmi mniej rockowo, niż poprzednia pozycja, którą z nim nagrali. Już w otwierającym „Psycho Shit” mamy nostalgiczne brzmienie instrumentów i niemal rozdzierająco przetworzony głos wokalisty. Jest tu jednak jakiś pomysł. Ja w każdym razie poczułem się zainteresowany, a nie zniechęcony, czy przestraszony. Tym bardziej, że gdy nagle wchodzi „Dine N’Dash” słyszymy stary dobry The Strokes. Nie ma przetwornika głosu, a utwór jest rytmiczny i bardziej dynamiczny. Owszem z klawiszem w tle, ale romantycznie poprowadzonym. Fajnie zaczyna się również „Lonely in the Future”. Jest jeszcze szybciej i choć wokal dostaje momentami poślizgu, to kawałek nie jest zły. Potem dostajemy drugi singiel „Falling out of Love”, który jest wolny i mocno korzysta z auto-tune’a. To już wyraźnie szukanie nowych słuchaczy. Cóż – życzę powodzenia. Mnie trochę żal tej kompozycji, bo niewątpliwie ma potencjał. Inna sprawa, że albumowa wersja jest rozbudowana do ponad sześciu minut. Następne nagranie znów brzmi, jakby Casablancas chciał aplikować do boysbandu. Do tego koledzy przyklejają mu jakąś art-rockową solówkę na gitarze. Pierwszy singiel „Going Shopping” ma mniejszy potencjał, niż „Falling out…” i generalnie wypada poniżej singlowej przeciętnej zespołu. Słuchając końcówki płyty jeszcze raz chce się sprawdzić, czy to na pewno Rick Rubin jest producentem tego materiału. Nie wiem czemu, ale skojarzyła mi się ta płyta z albumem „… And Then There Were Three…” (1978), kiedy zespół Genesis po utracie kolejnego muzyka, radykalnie uprościł brzmienie i zbliżył się do popu. Czy jednak The Strokes będą teraz ojcem „nowej popowej rewolucji”, szczerze wątpię. Cztery gwiazdki tym razem trochę z wieloletniej sympatii