Niby słuchałem kolejnych płyt Interpol i wciąż je kupowałem, ale prawdę mówiąc lubiłem wciąż te dwie pierwsze. Kolejne albumy były okazją, by sprawdzić, czy coś się zmieniło, czy coś mnie zaskoczy, albo zrobi wrażenie. Owszem - zmiany w składzie się zdarzyły, teraz doszła też zmiana wydawcy, ale muzyka wciąż nie porywała. Tegoroczny album był chyba ostatnim dzwonkiem, by przywrócić uwagę słuchaczy i uznanie ze strony krytyków. „This Mirro Weighs a Ton” zbiera naprawdę dobre opinie – nie brak głosów, że to najlepsza rzecz zespołu od co najmniej dekady, a nawet od czasów „Antics”. Mnie płyta po paru pierwszych odsłuchach nie oczarowała. Przede wszystkim ani singlowe numery rozpoczynające materiał, ani cała reszta, nie przynosi hitów na miarę „Obstacle 1” czy „Slow Hands”. Brakuje też nieco klimatu. Interpol gra jak zespół rockowy, czyli głośno przekazuje to, co ma do powiedzenia. Gdy jednak słucha się Joy Division, czy niektórych płyt The Cure, dochodzi do tego jeszcze aura i nastrój. Ucieczką od twórczego marazmu Nowojorczyków było postawienie na szersze instrumentarium, co jednak kłóci się nieco z rockowym podejściem do grania. Ale po kolei. Płytę zaczyna nastrojowy utwór tytułowy. Nie robi może wielkiego wrażenia, ale pomysł na otwarcie jakiś jest. Po nim wchodzi dynamiczny, typowy dla zespołu „See Out Loud”. Wybrany na singiel kawałek nie wpada specjalnie w ucho, ale generalnie reszta się w nim zgadza. Ciekawy jest drugi singiel „Iron City”, w którym zespół jest bardziej wyciszony, a aranż subtelniejszy (te dzwonecznik w tle). Jest to jakaś nowa jakość – także wokal jest tu inaczej poprowadzony. Migotliwy klawisz zaczyna „Wounded Soldier”, ale tu jeszcze dużej rewolucji nie słychać. Nieco syntetycznie i hałaśliwie brzmi „Wings On Fire”. Podobać może się „Ever The Actor” z paroma zaskakującymi dodatkami w postaci pianina, czy skrzypiec. Sama kompozycja jest zresztą udana. Bardzo ciekawie wypada utwór „So Rides the Reindeer” oparty na akustycznych brzmieniach. To stąd pewnie ktoś porównał nowy Interpol do REM. Tego typu rozwiązania pojawiają się również w zasadniczo mocniejszym „Darling Toughts”. Sporo się w tym numerze dzieje, aż można się nieco pogubić. Bogaty rytmicznie jest „Wake Up” i to na pewno kolejna nowość w dokonaniach zespołu. Bas tu niemal funkuje, a tematy przeplatają się ze sobą. Minorowe pianino otwiera „Enemy”. To dość smutny numer, prosto zaaranżowany, z delikatnym chórkiem w tle. Na pewno warto wyróżnić melancholijny w stylu Interpolu kawałek „Bird and the Serpent”. To mój ulubiony fragment tej płyty. Bardzo ładnie się rozwija, zyskując kolejne partie instrumentów. Album zamyka znów niewesoły i oszczędny w środkach „Sudden”. Nowy Interpol jest na pewno obiecujący, bogaty w pomysły. Brak mu przebojowości i generalnie trzeba się w niego wsłuchiwać. Może dzięki temu będę do niego wracał za jakiś czas? Póki co nie jestem zakochany.