Beck był dla mnie prawdziwym odkryciem drugiej połowy lat 90. Wciąż uważam, że album „Odelay” (1996) to jedna z najlepszych i najważniejszych płyt ostatniej dekady minionego wieku. Podobały mi się też spokojniejsze płyty Becka, przesycone psychodelicznym popem wywodzącym się z onirycznych piosenek The Beatles. Ostanie lata nie są jednak dla twórcy „Losera” łatwe. Trwający ponad dwa lata rozwód, spadek popularności (ostatni album który dotarł do Top 5 w USA i UK to „Colors” z 2017, a ostatni numer jeden na liście Billboardu to „Morning Phase” z 2014). Ten rok rozpoczął od wydania składanki coverów (m.in. Elvisa Presleya i Johna Lennona), ale autorskich nagrań mieliśmy w latach 20. jak na lekarstwo (jeden singiel „Think About You” z 2023). Zapowiedź „Ride Lonesome” ucieszyła mnie (wszak poprzedni album „Hyperactive” wszedł w 2019), a tytułowy singiel zebrał dobre opinie. Po wyskokach z Pharrellem Williamsem, Beck wrócił do spokojnych klimatów i współpracy z Nigelem Godrich’em. Sięgnął też po muzyków z czasów „Morning Phase”. Postawił na tradycyjne, amerykańskie granie z nutą rozmarzenia i nieoczywistości. Nie jest to niestety jakiś spektakularny powrót. Album zbiera przyzwoite, choć niezbyt entuzjastyczne recenzje w USA, a w zestawieniu Billboardu dotarł do zaledwie 67 pozycji. Dużo lepiej oceniany jest w UK i tam też dotarł do 15 miejsca najlepiej sprzedających się albumów. Mnie spodobał się szybko drugi singel „In The Night”, w którym gościnnie gra na gitarze akustycznej Blake Mills. To taki trochę ideał dla koncepcji „Ride Lonesome” – spokojny wokal, przyjemna gitara i ładne, orkiestrowe tło. Perkusja jest tu niemal zbyteczna. Rytm może wygrywać pianino, jak choćby w „Failed Words”. Przyjemnie się tego słucha, ale w pewnym momencie można odpaść. Może się to przytrafić już przy trzecim singlu „Disappearing Act”. Niby jest tu perkusja, ale gra w tempie nad wyraz dostojnym. Dużo też na tej płycie instrumentów smyczkowych i ilustracyjnych klawiszy. Ma to oczywiście urok, jak choćby w „For Your Love”, ale czasem można odnieść wrażenie, że zbyt wiele tu słodu lub żalu i rozczarowań. W kolejne nagrania wdziera się trochę nastrój smęcenia a w aranżach przeważa tzw. „americana”. W dodatku utwory robią się coraz dłuższe – trzy ostatnie trwają prawie 16 minut – co potęguje poczucie dłużenia się całej płyty. Pierwszy raz chyba narzekam na muzykę Becka, pomimo, że są tu też ładne piosenki. Może rozminął się nasz mental i ja z wiekiem coraz bardziej lubię pogodną muzykę?