Co sprawia, że w niedzielne popołudnie sala kinowa na pokazie „Lalki” zalicza niemal komplet? Przecież mamy do czynienia z ekranizacją szkolnej lektury, a historia została pokazana już kilka razy na mniejszym i większym ekranie. Wszak przed chwilą premierę miał serial zrobiony przez Netflix! Maciej Kawalski nie jest aż tak gorącym nazwiskiem rodzimej kinematografii. A jednak udało się nakręcić spiralę zaintrygowania, dyskusji i wręcz powinności, by nową „Lalkę” zobaczyć. Obsadę tworzy plejada gwiazd, jakiej dawno nie widziano w polskim kinie. Epizody grają tu Englert, Szyc, Gruszka, czy Stuhr. Swoisty pojedynek na role toczą Agata Kulesza i Krystyna Janda. Wisienką na torcie jest powrót aktorski Marka Kondrata. W tym kontekście przydzielenie roli Izabeli Łęckiej znanej głównie z „rysunkowej” roli Jagny w „Chłopach” – Kamili Urzędowskiej, było wyzwaniem. I cóż, nową „Lalkę” dobrze mi się oglądało. Historia nieszczęśliwej miłości Wokulskiego do Łęckiej wciąż jakoś porusza. Barwny warszawski świat polskiej arystokracji końca XIX wieku pozwala zapomnieć o tym, że byliśmy wtedy pod zaborami. Piękne pałace, kamienice, Łazienki i Aleje Ujazdowskie. Twórcy starali się trzymać blisko lokalizacji pomyślanych przez Prusa. Można powzdychać do dawnej elegancji i wytworności, przy czym samą powieść zapamiętałem bardziej jako obraz codzienności ówczesnej Warszawy, a tu jednak mamy głównie salony i wyższe sfery. Wokulski w tej wersji jest nieco zagubiony, gdy wraca z wojny, a pewności siebie nabiera dopiero, gdy zbliża się widmo jego porażki. To ciekawe, że jako człowiek sukcesu potrzebuje kobiecej pomocy, by uczynić pierwszy krok w stronę Izabeli. Wcześniej, bez Pani Meliton, zawstydzony wycofuje się sprzed pałacu, już po konfrontacji z odźwiernym. Porady swatki oraz pieniądze otwierają mu jednak kolejne drzwi, a Wokulski skromnie przystaje na kolejne propozycje i prośby. Kompleks kupca jest tu przemożny. Z kolei Izabela walczy o swoją godność panny na wydaniu dopóki nie zostaje skonfrontowana z zawstydzającym stanem rodzinnego majątku. Wiedza przyprawia ją bardziej o łzy, niż prowokuje do działania. Wokulski interesuje ją o tyle, o ile może się dzięki niemu odegrać na baronie Krzeszowskim. Ale już utracjusz Starski jest dla niej o wiele atrakcyjniejszy, bo zna angielski i potrafi grać na pianinie. To smutna opozycja dla serialowej Izabeli. Pozytywistyczna powieść zmierza tu ku melodramatowi i romantycznym schematom. Im bliżej końca, tym film operuje coraz większymi skrótami i przeskokami. Wokulski próbuje zamienić miłość do Łęckiej, w fascynację nauką. Wyrzeka się kupiectwa i tym samym przekreśla dorobek swojego życia. Widz obserwuje, jak rozsypuje się jego świat i kapitalistyczny wizerunek. Trudno zrozumieć dlaczego tak zasadniczy w swojej szlachetnej postawie Wokulski, podpisuje te wszystkie zasady małżeńskie, a po chwili daje się ponieść emocjom po scenie w pociągu. Dlaczego Łęcka, choć przejrzała na oczy w sprawie Starskiego, ulega jego umizgom? Serialowa „Lalka” może porwać nowego widza, filmowa spodoba się raczej tym, którzy chcieli obejrzeć znaną historię w nowych szatach. Powtórzę, mnie się dobrze tę „Lalkę” oglądało, ale nic z niej nowego nie wyniosłem. Zapadły mi w pamięć dynamiczne role Kuleszy, Jandy, Dębskiej, ciepła postać wykreowana przez Maję Komorowską. Męskie role były zbyt poprawnie poprowadzone, by jakoś się wybić. Dorociński zrobił swoje, Urzędowska jest bardziej „Lalką”, niż kobietą z pragnień i emocji. Dobrze, że powstał równolegle serial. Te dzieła się jakoś uzupełniają i ciekawie konfrontują. Dodają też sobie wzajemnie znaczenia. Dla mnie serial jest jednak lepszy.