To zaskakujące, że Artur Rojek – szef najbardziej alternatywnego festiwalu w Polsce – nagrał płytę, która brzmi, jakby numerem jeden na playliście dawnego wokalisty Myslovitz było „Przytul mnie” Kombi. Trzecie solowe dzieło Rojka to zbiór ładnych piosenek, podpartych często orkiestrowymi aranżacjami Zbigniewa Preisnera. Zaśpiewane łagodnym głosem, rozliczeniowe w tekstach utwory sprawiają, ze jako słuchacz wracam do czasów, gdy nie wiedziałem jeszcze co to rock. „Chciałbym urodzić się żeby latałem” ma w sobie więcej z piosenki włoskiej, czy francuskiej sprzed 60-ciu czy więcej lat. Artur Rojek wspominając własne dzieciństwo i młodość otacza się dźwiękami jakie towarzyszyły polskiej estradzie lat 70. Oczywiście tego typu klimaty pojawiały się już na wcześniejszych płytach Rojka, czy nawet na płycie Lenny Valentino. Tu jednak styl jest konsekwentnie nie awangardowy. Piękny początek płyty „Gruby, mały” może kojarzyć się z lirycznym światem Ralpha Kaminskiego. Niewiele współczesnych piosenek tak mnie porusza, jak ta opowieść o dziecięcym wstydzie i strachu. Kolejna piosenka znów przenosi nas do słonecznej epoki, w której można było zanurzać się w marzeniach o pięknych aktorkach, a jednak w tym beztroskim obrazie pojawia się także tragedia ukochanej dziewczyny na torach kolejowych. Towarzyszą temu ciepłe, zwiewne aranżacje. To nie jest nawet avant-pop – bardziej retro-pop. W „Mówiłem Ci to już” słychać radość z wyrwania się z krainy dzieciństwa do dorosłości i ojcostwa. Bardzo ładną piosenką jest singlowy „W objęciach”. To z kolei numer miłosny, o urokach zakochania, ale też o rodzicielstwie. „Mirafiori” też już został przebojem. Brzmienie tego słowa znów przypomina mi lata 70. A jest tu tez więcej skojarzeń z beztroskimi czasami dzieciństwa. „Yeti” nagrana z Dawidem Podsiadło była pierwszym zwiastunem tej płyty. Musiała zostać przebojem, bo naprawdę szybko wchodzi w głowę. Tytułowy „człowiek śniegu” jest tu potworem, którego trzeba wyrzucić z myśli. Piosenka „Judo” z lekko dyskotekową rytmiką i romantycznymi smyczkami, prowadzi wspomnienia do pierwszych szkolnych zabaw. „W dziale na S” znajdziemy echo uczuć melomana, który cieszy się z szukania płyt w sklepie muzycznym, choć w tej piosence zwycięża jednak miłość do dziewczyny. Kawałek zapada w pamięć przez gwizdane partie niczym w słynnym przeboju Peter Bjorn & John. Nie pasuje mi niestety styl Korteza, który śpiewa w „Nauce tęsknoty”. To jak dla mnie jedyne nagranie obniżające końcową notę tej płyty, ale innym może się podobać. Na szczęście album kończą „Splątane włosy”. To znów powrót do szkolnych czasów, do wspomnień o dziewczynie w której autor się kochał. Ta płyta porusza wiele moich wrażliwych strun i przywołuje silne skojarzenia z własnej młodości. Biorąc pod uwagę obecność tylu jeszcze ujmujących melodii, całość odbieram jako faworyta na płytę roku.