Bilety na koncert Cat Power dostałem rok temu od dzieci na urodziny. To była bardzo miła niespodzianka. Mam co prawda tylko dwie płyty artystki: „Sun” (2012) i „Wanderer” (2018), ale obydwie mi się podobały. Tegoroczna trasa zorganizowana została z okazji dwudziestej rocznicy wydania albumu „The Greatest” – pierwszej płyty tej nowojorskiej artystki, która przebiła się szerzej w Europie i trafiła na listy sprzedażowe po obu stronach Atlantyku. Album ten był przełomowy także z tej racji, że utwory zostały zaaranżowane w stylu amerykańskiego południa (tzw. Memphis Sound) z dęciakami i instrumentami smyczkowymi, a w sesji wzięli udział muzycy Memphis Rhythm Band. Jednak w Warszawie na scenie zainstalował się tradycyjny rockowy skład (The Dirty Delta Blues): gitara, bas, perkusja, a na pianinie najstarszy w tym gronie Erik Paparazzi (czasem sięgał też po tamburyn i robił z basistką drugi głos). Chan Marshall (Cat Power) zjawiła się na scenie z 40-minutowym poślizgiem i zaczęła przywitanie od dygresji na temat tych dwudziestu lat, jakie przeminęły i spytała, czy pamiętamy gdzie byliśmy 20 lat temu. Sama na pewno nie przypominała już choćby tej dziewczyny z okładki „Sun”, choć wciąż ma krótko obcięte włosy. Ubrana w ciemną marynarkę, z krawatem luźno zwisającym na tle bluzki, w spodniach. Przez większość występu skrywała się za dwoma mikrofonami na statywach, albo w cieniu wieczorowo oświetlonej sceny. Światła był głównie jednolicie czerwone lub niebieskie. Nie znam płyty „The Greatest”, ale na moje ucho, patrząc po spisie nagrań, zespół wykonał cały materiał od nastrojowego utworu tytułowego po dynamiczny „Love & Communication”. Można powiedzieć, że utwory zaaranżowane zostały w klasyczny dla Cat Power sposób, łącząc intymność z amerykańskim blues-rockowym stylem, bliskim miejscami Patti Smith Group, ale też twórczości tak cenionego przez nią Boba Dylana. Fajnie wypadł mocno gitarowy, singlowy „Could We”. Po nim było miejsce na country z gitarowym efektem pedal steel. Ciekawym zabiegiem było zastosowanie w jednej z piosenek (chyba „Moon”) efektu auto-tune. Brzmienie było cały czas utrzymane na idealnych rejestrach, choć sama Chan pokazała dwa razy technikowi, by ją nieco podbił (dla mnie cały czas było ok). Po odegraniu repertuaru „obowiązkowego” Chan zniknęła ze sceny na sekundę (czyli na kilka minut), a w tym trakcie zespół jamował, co także się widowni podobało. Gdy wróciła, jak gdyby nigdy nic weszła z wokalem w podawaną frazę. Usłyszeliśmy tego wieczoru jeszcze pięć bodajże nagrań. Najpierw dwa nagrania z płyty „You Are Free” (2003)., potem kawałek Jamesa Browna „Try Me” z tegorocznej EP’ki Redux. Żadnych znanych mi coverów (choć były jeszcze dwa w tym na pewno „It Wasn't God Who Made Honky Tonk Angels” z ostatniej studyjnej płyty „Covers” z 2022 r.). Ze znanej mi płyty „Sun” poleciał „Manhattan” w nieco mocniejszym wydaniu. Występ został zakończony apelem o jedność, bliskość i szacunek. Dawno nie byłem na klubowym koncercie zachodniego wykonawcy. Koncert Cat Power miał w sobie echo przeszłości. Można było poczuć się w czasach, gdy muzyka brzmiała w naturalny, niewyszukany sposób, a na scenie można było oglądać wielkie amerykańskie gwiazdy. Chan wyglądała na osobę doświadczoną przez życie, ale wciąż wierzącą w ludzi. Bisów w zasadzie nie było i nieco po 22-ej można było opuszczać salę. Fajnie, że frekwencja dopisała, jak na artystkę bez radiowych przebojów i nagrywającą wyłącznie dla niezależnych wytwórni.