Przeczytałem wcześniej „Sielanki” oraz „Dzień wyzwolenia” i stwierdzam, że „Czuwanie” spodobało mi się z tych książek najbardziej. Narratorką jest duch, czy też anioł, który ma pomóc umrzeć wielkiemu potentatowi naftowemu, chorującemu na raka. Ów K.J..Boone nie miał łatwego dzieciństwa, młodość też nie do pozazdroszczenia, aż nieoczekiwanie wybił się na platformie wiertniczej, a z czasem rozwinął skrzydła w biznesie do tego stopnia, że stał się bogatym i wpływowym człowiekiem. Dbał o swoją rodzinę, mnożył majątek, jeździł po świecie. Narobił też sobie wrogów, a jego główną winą było skierowanie Ameryki na kurs wzmożonej konsumpcji i degradacji środowiska. Pomimo posiadania dowodów na negatywny wpływ przemysłu naftowego na klimat Ziemi, głosił tezy wprost im zaprzeczające. W dniu śmierci o duszę K.J. Boone’a toczą walkę dwa duchy – jeden, który chce by cierpiał za grzechy, a drugi – należący do narratorki, by pożałował swoich win i znalazł ukojenie. Tym pierwszym duchem jest francuski wynalazca sprzed wieków, a drugim niejaka Jill Blaine - Amerykanka, która w latach 90, mając zaledwie 22 lata zginęła omyłkowo w zamachu na jej męża. Dzięki duchowi Jill obserwujemy ostatnie chwile życia bogacza, widzimy jego żonę, słyszymy cierpkie wymówki córki, ale też jesteśmy świadkiem wizyty zmarłych rodziców Boone’a – solidarnie dumnych z syna. Jill sama tęskni za swoim życiem, czy też dawnym jego wymiarem. Podgląda przyjęcie weselne na sąsiedniej posesji, przenosi się do rodzinnej miejscowości, gdzie czeka ją kilka bolesnych odkryć. Wspomina własne życie. Odwiedza nawet zamachowca, który podłożył bombę w samochodzie jej męża. Ta powieść niesie ze sobą dużo jasnych, dowcipnych, czy ironicznych spojrzeń. Ma w sobie coś z „Opowieści wigilijnej” Dickensa, ale jej wymowa jest mniej moralizatorska. Umierającego magnata naftowego nawiedzają duchy ludzi cierpiących z powodu klęsk klimatycznych, ale tez Ci, którzy uważają, że ich uczynki były naturalnym następstwem działań innych ludzi i zwykłą koleją rzeczy. Życie tętni z tej powieści w szerokiej gamie swoich blasków i cieni. Cudowny dystans, jaki ma „czuwająca” na Boone’m Jill, wzbudza poczucie szczerej zazdrości. Nad tą powieścią się płynie, zataczając coraz to nowe kręgi poznawcze. Wreszcie mogę powiedzieć, że doceniam prozę George’a Saundersa.