I tak oto Fontaines D.C. wyrośli na prawdziwą gwiazdę. Premiera ich piątego albumu poprzedzana była licznymi zapowiedziami, fanowskim odsłuchem i kolejnymi teledyskami do singli. Zespół pierwszy raz sięgnął po gościnny wokal (Rosalia), a do ich twórczości odniósł się nawet jeden z braci Gallagher, którego docinki świadczą de facto o sile Irlandczyków, którzy wciąż nagrywają przecież dla niezależnej wytwórni. Już patrząc na okładkę, widać, że „Dopamine Chamber” bliżej jest do „Romance”, niż którejkolwiek z wcześniejszych płyt. Także osoba producenta (James Ford) jest kontynuacją wcześniejszej współpracy. Co więcej – początek płyty nawiązuje układem do „Romance”. Najpierw intrygujące intro, odstające nieco od reszty materiału, a potem singlowy hit. Przy czym, o ile „Strabuster” był „ostrym”, mocnym kawałkiem – o tyle „Marianne” jest świetnym reprezentantem całościowego klimatu „Dopamine Chamber”. Nowa płyta kontynuuje styl zaznaczony w pierwszym numerze z „Romance”. Dostajemy znacznie więcej klawiszy, niż gitar. W zasadzie postpunkowe gitary słychać teraz tyko w „Happy For You”. Reszta płyty jest o wiele ładniejsza. Słychać tu echa „Closer” Joy Division i początków New Order. „Marianne”, „Where Is Gone?” oraz „Japan” to utwory do których od razu chce się wracać, a ja biję się z myślami, który z tych singli wybrać na pierwszy przebój na mojej liście, by nie tęsknic boleśnie do innego. Ale po kolei. „Six Shoot Morning” burczy w tle, niczym silnik szpanersko stjuningowanego samochodu. Potem jest piękna „Marianne” z dzwoneczkami na otwarciu i pulsującym syntezatorem basowym w podkładzie. Chatten ma ten wokal, w którym dziewczyny się zakochują i wcale się nie dziwię, że gość rozważa płytę solową. Do tej pory najbardziej lubiłem „Marian” The Sisters of Mercy – teraz już nie wiem, czy nie „Marianne”? „Mimesis” byłoby ozdobą „Movement” New Order – nie mówiąc już o radości zespołu, osieroconego przez Curtisa, z posiadania takiego wokalisty jak Chatten. Wspomniany już „Happy For You” zaczyna się zimno-falowo, potem nabiera romantycznej łagodności, by w drugiej części przerodzić się w ponurą, gitarową jazdę. Otwierające „drugą stronę” płyty singlowe „Tongue” ma ciekawą aranżację i produkcję. Chatten mógłby na tym tle równie dobrze rapować. Przez „One Man” przebijają się jakieś irlandzkie, ludowe nuty. Piękne „Where Is Gone” z udziałem Rosalii przewyższa urokiem „In The Modern World”. Ma w sobie coś z klasycznego hitu „Summer Wine”. Dramatyczno-marzycielskie „You Miss Me” utrzymuje ten ujmujący nastrój płyty i wprowadza w kolejny, absolutnie hiciarski numer – „Japan”. Zamykające „Intimate” wyprowadza z płyty nieco podobnie, jak „Six Shoot Morning” do niej wprowadza. Zespół poszedł trochę drogą Arctic Monkeys, porzucając zadziorność i bezkompromisowość pierwszych płyt ma rzecz popowej mocy. „Dopamine Chamber” stało się bestsellerem (w Empiku jest już na 6 miejscu listy sprzedaży). Cóż, mnie to akurat nie przeszkadza. Fontaines D.C. widzę w swoim top 10 2026 roku.