Zespół Can w 1975 roku był trochę na zakręcie. Nie miał wokalisty, zmienił wytwórnię płytową, a wydany w tym roku album „Landed” pierwszy raz zebrał kiepskie recenzje. Z drugiej strony jego instrumentalny skład był niezwykle zgrany. Koncert zarejestrowany w antycznym teatrze we francuskim Arles, był częścią festiwalu, na który przyjechało wielu hippisów. Can zagrał w gorącą letnią noc, 6 sierpnia. Ich występ udokumentował młody dziennikarz muzyczny Pascal Bussy. Z widowni koncert niemieckiej legendy obserwowała Nico, która miała wejść po nich na scenę. Z relacji świadków wydarzenia wynika, ze atmosfera była dość mocno psychodeliczna. Także dzięki niej koncert Can zrobił olbrzymie wrażenie. Grupa nie specjalnie ogrywała wówczas nowy materiał. Dominowały luźne interpretacje i improwizacje, ale fani bez trudu usłyszą tematy z „Vitamin C” z płyty „Ege Bamyasi” (tu jako ścieżka trzecia) i „Chain Reaction” z albumu „Soon Over Babaluma” (ścieżka szósta). Mowa o tematach, bo zabrakło wokalu Damo Suzuki, a i głos Michaela Karoli jest jakoś uszczuplony. Can grał bez przerw i zapowiedzi. Utwory przechodzą jeden w drugi. Opisane są jedynie kolejnymi numerami, jak zwykle w tej serii wydawniczej. Przy dobrej woli można wyłapać tu też cytaty z „Dizzy Dizzy” oraz „Bring Me Coffee and Tea”. Transowa sekcja rytmiczna spotyka się z niezwykle barwnymi partiami gitary. Irmin Schmidt często uderzał w klawisze jakby ciosami karate, co dodawało muzyce pewnej nerwowości. Jakość nagrań, pomimo pracy włożonej przez jedynego żyjącego członka Can z tego składu, nie jest wybitna. W lewym kanale słychać w słuchawkach efekt jakby lekkiego ślizgania się dźwięku. Na kolumnach efekt jest lepszy. Przyznam, że jako wierny słuchacz krautrockowej legendy, nie jestem jakoś specjalnie powalony tym koncertem. Sześć nagrań trwających 66 minut jest pewnym wyzwaniem, biorąc pod uwagę półamatorski zapis dźwięku. Poza tym mam już tyle nagrań koncertowych zespołu, że nie daję się oczarować samym konceptom muzycznym i transowej wyobraźni.